Menu Zamknij

Kategoria: coś jak blog

Noc Pragi, terroru, nokautu

Zobacz, co pisze „Tygodnik Powszechny”, powie­dzia­łem do redak­to­ra S., Bieńczyk to jeden z naj­wy­bit­niej­szych pol­skich pisa­rzy. „Daj spo­kój”. W dodat­ku o pił­ce pisze. „Teraz to każ­dy się zna. Nie czy­taj mi ani sło­wa”. Nie mogę sobie odmó­wić, cytu­ję jakieś wyjąt­ko­wo głu­pie kil­ka zdań. „Nie, wiesz, dzię­ki, wiem, co tam będzie”.

Screenagers.pl i polskie piosenki wszech czasów

O zesta­wie­niu Screenagers.pl, któ­rzy uło­ży­li listę naj­lep­szych pol­skich pio­se­nek w histo­rii, wciąż gło­śno. Może parę utwo­rów zna­la­zło się u góry raczej nie­za­słu­że­nie, może pro­mi­nen­ci kry­ty­ki muzycz­nej wska­zu­ją, że dobrze wie­dzie­li, iż zwy­cię­ży Zaucha, może wyno­sze­nie pod nie­bio­sa jed­ne­go „nur­tu” powo­du­je uwa­le­nie kil­ku innych rów­nie istot­nych, ale... zda­rzy­ło mi się napi­sać do por­ta­lu tekst o tej liście. Zaczynał się tak:

Hunx And His Punx

Byłem wczo­raj na dosko­na­łym kon­cer­cie. Nie pamię­tam, kie­dy tak dobrze wyda­łem 40 zło­tych. Okazało się też, że jestem sta­ry lis, jak cho­dzi o kon­cer­ty, bo przy­szedł­szy z ponad­go­dzin­nym opóź­nie­niem, zdą­ży­łem jesz­cze pone­twor­ko­wać gru­by kwa­drans i byłem w sam raz na pierw­szy support.

Współzawodnictwo grup muzycznych

Poza sen­ty­men­tal­ną wizy­tą w Muzeum Kolejnictwa głów­ną atrak­cją Nocy Muzeów był w tym roku kon­cert Mitch & Mitch na otwar­cie pią­te­go roku dzia­łal­no­ści Placu Zabaw. Piątego lata (Molesta była rok temu?). Spóźniliśmy się. Powrót był kosz­mar­ny. Linia J była OK. Tłumy bawi­ły się tam jesz­cze dłu­go w noc, sam kon­cert skoń­czył się chy­ba jakoś po pierw­szej, nie wiem.

W kleszczach hip-hopu

Noc tak­só­wek = dzień zie­lo­nej twa­rzy. Obudziłem się po czter­na­stej. Osiedle hucza­ło hip-hopem. Gdy ruszy­łem do chiń­czy­ka po śnia­da­nie, zorien­to­wa­łem się, że to dzień kon­cer­tu w amfi­te­atrze. Bity odbi­ja­ły się od blo­ków, powtó­rzo­ne ude­rze­nia sto­py prze­twa­rza­ły się w dzi­wacz­ne ryt­my, zwie­lo­krot­nio­ne linie basu spa­da­ły na grze­ją­cych się w słoń­cu sta­rusz­ków jak lawi­na. Rap gdzieś w tym ginął, ulat­niał się w jasne nie­bo jak gaz z otwar­tej puszki.