W tym roku odwiedziłem Ephemerę w dwa wieczory: jeden ze Still House Plants, drugi z Heinali i Yasią Saienko. A tydzień zaczął się od duetu Wadady Leo Smitha i Vijaya Iyera.
To był za chłodny tydzień jak na połowę czerwca, w sam raz na koncerty. Festiwal Ephemera zaczął się w środę, a skończył w niedzielę. Podobnie jak Unsound polega to na serii wydarzeń o różnym profilu muzycznym, dziejących się w miejscach o różnej skali, od holu Teatru Wielkiego, po Królikarnię, przez halę ATM Studios na obrzeżach Warszawy. Część wydarzeń odbywa się na świeżym powietrzu.
Wtorek: Wadada Leo Smith i Vijay Iyer
Tuż przed Ephemerą nieoczekiwanie dostałem szansę wybrania się na koncert Wadady Leo Smitha, 83-letniego trębacza, i młodszego o 30 lat pianisty Vijaya Iyera. Ich historie splatają się od dwóch dekad, a w tym roku zaowocowało to świetnym albumem „Defiant Life” (wyd. ECM). Jedyny koncert w Polsce mieli dać właśnie w Pardon, To Tu.

To było wybitne. Liryczny, uduchowiony Wadada i liryczny, a jednak myślący trochę jakby ściślej Vijay, w końcu doktor fizyki z Berkeley – punkt spotkania wydaje się oczywisty, ale jest trudne. Ich pierwsza płyta w ECM, prawie 10 lat temu, nie była tak dobra jak nowa. Ta jest o cierpieniu i współczuciu, destrukcji i nadziei, co może brzmieć koturnowo, ale album zawiera utwory właśnie emocjonalne, a nie koncepcyjne. Uwielbiam niskie, mocne tony Iyera, jego gęste faktury. Z jednej strony jego „matematyczne” podejście, z drugiej staroszkolne, liryczne, nawet tęskne frazy Wadady. Obaj świetni improwizatorzy. Utwory chodziły po skali od bardziej free do bardziej klimat. Bardzo mi dogodził ten koncert, na takiej zasadzie, że nie do końca wiedziałem, że go potrzebuję. Mimo całej beznadziei, rozpaczy związanej z tym, co robimy ze światem, są też w człowieku jaśniejsze tony, powody, by wciąż mieć nadzieję na lepsze – mieć nadzieję na spotkanie.
» Zdjęcia Piotra Lewandowskiego
Grali bisy. Chyba ze trzy? Na pewno wychodzili na scenę już po uduchowionym przemówieniu Wadady i – oczywiście – bardziej informacyjnym wystąpieniu Iyera. Na pewno wrócili już po spakowaniu sprzętu przez trębacza. Może musieli sprawić, by te pnące się pionowo schody do garderoby stały się wystarczająco łagodne.
Czwartek: Still House Plants
Dobrze byłoby zobaczyć Antoninę Nowacką i Sophie Birch we wspomnianym foyer Teatru Wielkiego na otwarcie Ephemery, ale potrzebowałem dnia odpoczynku, obawiałem się też, jak zadziała ta przestrzeń. Praca, sprawy, sytuacje, potrzeby. Zaplanowałem sobie, że bardziej dogodzi mi czwartkowy koncert w Komunie Warszawa. Niestety, wydarzyła się sytuacja i nie zdążyłem na performens (czy koncert) Alex Freiheit z muzyką Aleksandry Słyż i tancerkami.
Zacząłem od gitarzysty Artura Rumińskiego z saksofonistą Markiem Pospieszalskim i perkusistą Julianem Sartoriusem. Spodziewałem się dużo, ale dostałem trochę mniej, bo 1) spóźniłem się, 2) prawie do końca Artur był trochę schowany, 3) otwarta przestrzeń, jasny dzień i zbierająca się w trakcie koncertu publiczność nie ułatwiały odbioru. Dźwięk nie otulał, trzeba go było szukać po kątach, układać sobie. Finał, końcowe minuty były bardzo dobre, ale gdybym mógł pełniej się zaangażować, byłbym szczęśliwszy. Chętnie jeszcze ich zobaczę.
Uważam też, że Artur Rumiński powinien być uczestnikiem programów promujących nową muzykę, tworzyć międzynarodowe współprace. Jest gitarowym oryginałem, wynalazcą z kategorii Raphaela Rogińskiego. Oczywiście należą do innych gatunków, ale jestem pewien, że gitarzysta z Sosnowca, podobnie jak R.R., potrafi dawać od siebie coś niepowtarzalnego i budować siebie dzięki spotkaniom z innymi. Jego energia nie idzie w próżnię.
Miał to być krótki akapit o koncercie, który nie był głównym punktem programu i co do którego żałuję, że nie mam do powiedzenia więcej. Wyszło jak wyszło.
Zaraz zagrało Still House Plants i w tym momencie koncert w Komunie stał się dla mnie wydarzeniem społecznym. Oni byli w zeszłym roku na Unsoundzie, ale ich nie widziałem. Jak to dokładnie było, nie pamiętam – podejrzewam, że grali przed czymś ciekawym, a ich koncert spędziłem na gadaniu z kolegą. Teraz z red. Gilem ustaliliśmy, że Still House Plants grali przed The Body z Dis Fig (dużo sobie obiecywałem, ale koncert był słabawy) oraz Yellow Swans. To by się zgadzało, tyle że prawdopodobnie w czasie SHP byłem w tramwaju z Zakrzówka. Tak czy siak ominęło mnie i nie żałowałem, bo płyta mnie zaciekawiła, ale wydała się na dłuższą metę nieznośna, taka na jedno kopyto. Tak mi się zdało po jednym odsłuchu.
Teraz, w 2025 roku na Ephemerze, w Komunie Otwock, było zupełnie inaczej. Mimo że grali jeszcze przed zachodem słońca, uzyskali – też trio – zupełnie inny klimat niż Rumiński z kolegami. Jeszcze nie napisałem, dlaczego wydarzenie społeczne. Prosta rzecz, podszedłem do Grzegorza Kwietnia, a z nim nie można się nudzić. Strumień opowieści, kilometrowe dialogi, opowieści, skojarzenia. Idealny partner do koncertu takiego jak Still House Plants. Swoje ponejmczekował też Robert Piotrowicz, po którym bym się tego nie spodziewał, ale też wcześniej go nie znałem i trochę zatkany stałem.

Też przez artystów na scenie. Na szybko pisząc, zaczęli działać na studiach w Glasgow, siedzą teraz w Londynie, ale rzadko można było wyciągnąć z ich muzyki coś brytyjskiego. Może w wokalu Jess Hickie-Kallenbach – niskim, miękkim i wilgotnym, dla mnie spod znaku King Krule i Kae Tempest z czasów Kate. Ale muzycznie? Najczęściej rytmy perkusji i riffy gitary, ich brzmienia, sposób grania przywodziły na myśl zespoły takie jak Fugazi i „po Fugazi”, melodyjne ścinki po hardcorze, dla mnie punktem odniesienia jest tu All-Scars (Grzegorz: Robiłem im koncert w Końskich, jedyny w Polsce), nawet to zaszło w rejony Alice in Chains, a z drugiej strony koncert z SeaYou chyba zeszłorocznego – Żółw, dla Roberta czytelne było Today Is the Day.
W całej euforii wspólnego uczestnictwa w koncercie nasze listy skojarzeń były długie, dziś niewiele z nich pamiętam, najważniejsze jest to, że przy dziwnym, niskim, dzikim wokalu tak klasycznie grające instrumenty sprawiały, że w muzyce Still House Plants czułem się jak u siebie. To paradoks, bo to nie jest jakaś pierwsza z brzegu przyjemna muzyczka. Ale ja już tam wcześniej byłem, to jest dla mnie – to poczucie mnie nie opuszczało. Muzyka na deskorolkę bez deskorolki. Takie święto.
Ten wieczór kończyła potańcówka artystki Six Sex, która odpaliła playback, włącznie z wokalem, i wiła się na scenie, więc poszedłem coś zjeść i do domu.
Piątek: Heinali i Saienko
Kiedyś bym w to nie uwierzył, ale z wiekiem przychodzi lekki opór przed chodzeniem na koncerty. Z jednej strony przynosi go skumulowane zmęczenie, obawa „kto będzie”, a raczej „czy ktokolwiek będzie”, a z drugiej ograniczone możliwości poznawcze – zauważyłem w końcu, że liczba koncertów, filmów czy dobrych tekstów, które jestem w stanie przyjąć w określonym odcinku czasu, jest skończona. Dawniej to poczucie towarzyszyło mi na dużych festiwalach typu Off, na które jechałem z listą rzeczy „koniecznie trzeba zobaczyć”, a wracałem może z połową zobaczonych i zadowolony z tego. Teraz umiem to nazwać. Pełne przeżycie wymaga „wolnego miejsca” na emocje i informacje.
Niemniej koncert Heinali z Andrianą-Yaroslavą Sayenko musiałem zobaczyć. To na nich potrzebowałem zrobić przestrzeń, gdy wychodziłem dzień wcześniej przed czasem, to oni byli dla mnie numerem jeden tego festiwalu. Który to już Heinali? Na Ephemerze był po raz drugi, na Unsoundzie występował już może pięć razy? Ołeh nie potrafił mi powiedzieć, zażartował, że czuje się jak rezydent. Yasię widziałem z nim raz, rok temu na Kopernika, gdy występowali z tym samym programem – „Hildegardą”, w sali akademii, gdzie pulpity są ustawione pionowo, w trzy lub cztery kręgi-piętra, a większość słuchaczy mieści się na górze. Poprawka, nie widziałem Yasi, widziałem głowę Heinalego, a i to w ostatnim utworze, gdy dobiłem się wreszcie na galerię. Tak że coś mi nie wyszło, tym bardziej że tylko dla nich przyjechałem tak wcześnie, już w środę.
Tu było zupełnie inaczej. Jak już wspomniałem, hala ATM jest na odludziu, kawał od miasta, więc można tam grać głośno, nawet jeśli obok nagrywany jest teleturniej „Awantura o kasę”. Hala jest też duża, wszyscy się zmieszczą. Po ukraińskim duecie grali Sunn O))), więc zapowiadał się głośny wieczór. Tylko że wszystko było inaczej. To Heinali i Saienko byli niemożliwie głośni, tak że spod sufitu spadały pojedyncze paski złotego konfetti po jakimś wcześniejszym wydarzeniu. Tego się nie spodziewałem i nie to pamiętałem z Unsoundu.

Nie potrafię dobrze tego opisać. Koncert trzymał mnie za gardło od początku do końca. Przed nim zdążyłem kupić płytę wydaną przez Unsound – tego dnia dojechała z tłoczni, o czym dzień później więcej opowiedział mi Kuba z Monotype’a. Stałem więc z tą dużą kopertą w rękach, a Heinali zaczynał cichutko, z małego zapętlenia, podczas gdy Yasia wchodziła w kolejne, wyższe rejestry śpiewu. Kolejność utworów była odwrotna niż na płycie, najpierw drugi, potem pierwszy, potem krótki ludowy. Kulminacją był „O Ignis Spiritus” zagrany jako drugi. To tu jest podkreślony moment przejścia, gdy z łaciny i klasycznego śpiewu „wyznaniowego” Yasia przechodzi gwałtownie do śpiewu ludowego, który w Ukrainie nazywa się „awtentyka”. Pisał o tym więcej Philip Sherbourne w recenzji albumu „Hildegarda”.
Z mojej perspektywy ten koncert był o wojnie i o tym, jak trudno zwrócić uwagę świata, czyli na przykład nas – osób, które gdy mają niezły dzień, w południe spotykają się na kawę, a pod wieczór na wino czy piwo alkoholowe – na cierpienie i śmierć najlepszych ludzi, jakich ma Ukraina. Jakich ma Europa. Bo zarówno dzieła Hildegardy z Bingen, jak i śpiew ukraińskich kobiet, ich kultura, która od ponad trzystu lat nie pozwala się wykorzenić rosyjskim kolonizatorom, należą do dziedzictwa europejskiego. Zwróćmy uwagę, że średniowieczna muzyka i renesansowa harmonia, której syntezą zajmuje się Heinali, to chrześcijaństwo zachodnie.
To włączenie uwagi na wojnę, która toczy się blisko polskiej granicy, wymaga najwyższego skupienia Jarosławy i Ołeha, ogromnej klasy muzycznej i dostępu do własnych emocji, co nie jest proste w czasie, gdy na froncie i w domach giną twoi bliscy i przyjaciele. Przypominam, że celem rosyjskich władz są cywile.
Wierzę, że wwiercający się w bebechy, niski dron Heinalego i spokojny, jakby ciągnięty z głębi ziemi wokal Yasi – doskonale dopasowane – ruszą, dosłownie od środka ruszą więcej myślących ciał. Nie tylko z Europy.
Później jeszcze było Sunn O))), którego słuchałem pilnie wszystkiego może z 20 minut. Za silne były wrażenia po duecie Heinali i Saienko, psim swędem wyłapałem autografy na płycie, sporo czasu spędziłem na dekompresującej rozmowie ze znajomymi. Przy Ukraińcach Amerykanie grali muzykę, która mało rusza emocje (to tylko za pierwszym razem), a bardzo wyobraźnię. Coś tam sobie powyobrażałem, powyświetlałem, poustawiałem, troszkę mnie to pomasowało z oddali. Ale paradoksalnie to Heinali zabrzmiał głośniej, pełniej. Cały ten mocno nabasowany soundsystem Sunn O))) mocno i pozytywnie wpłynął na brzmienie syntów Ołeha. To przyciemnione, głębokie brzmienie nadało kolejny wymiar materiałowi z płyty.
I taki to był tydzień (poprzedni) w mojej muzyce. Lubię, gdy jest tak różnie.

Zostaw komentarz