Zaczęło się od poezji w niedzielny poranek, skończyło monodramem w sobotni wieczór. Przez tydzień Drohobycz nasiąkał spotkaniami i wydarzeniami, których istotną częścią były pamięć i namysł nad przyszłością.
Po listopadowej Drugiej Jesieni wróciłem do Drohobycza na bliźniaczy, letni SchulzFest. Pierwsza impreza zaczyna się w rocznicę śmierci Bruno Schulza, druga w rocznicę urodzin. Schulz obchodzi urodziny co dwa lata, a na 2026 rok przypadła 12. edycja SchulzFestu. Do Drohobycza zjechali badacze twórczości jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku, poetki, artyści, muzycy, filmowczynie z wielu krajów. Ktoś zachorował, ktoś się obraził, ale i tak program był nabity, a lista uczestniczek i uczestników onieśmielała.
Lato z Żadanem
Jesienią parę razy usłyszałem, że to na letnim festiwalu można wżyć się w miasto, że siedem dni zamiast dwóch jak jesienią – robi różnicę. O tej porze roku Drohobycz okazał się dość senny, z nieba lał się żar, nastolatki snuły się po gigantycznym rynku od sklepu do sklepu, turyści zwiedzali zabytkową drewnianą cerkiew Świętego Jerzego i kontynuującą średniowieczną tradycję warzelnię soli. Krążyli wokół kościoła Świętego Bartłomieja, odwiedzali wyremontowaną synagogę, wspinali się na wieżę ratusza zbudowanego w czasach II RP. Wstępowano na espresso z solą do Kawuna, strudel z lodami do Półtora Miasta i placki do Franki, waszemu wysłannikowi udało się odwiedzić dom, w którym mieszkał bohater festiwalu, stary cmentarz katolicki, miejsce pamięci ofiar NKWD i sporo peryferyjnych ulic.

W drodze do Drohobycza; w mieszkaniu Schulza; widok z jego balkonu. Fot. Jacek Świąder
Przez bohatera ma się tu na uwadze Bruno Schulza, bo z plakatów rozwieszonych po całym mieście rozglądał się Serhij Żadan. Trzeba go uznać za czołowego ukraińskiego dyplomatę, ale on też jest tutaj bohaterem. Dowodem kolejki po autograf, gdziekolwiek się pokazał, a okazji było kilka.
Jako radiowiec Żadan prowadził rozmowę z Adamem Michnikiem dla Radia Chartija (napisałem o niej, rozmowie, w „Gazecie Wyborczej”), jako pisarz zaprezentował eseistyczną książkę „Mój Schulz”, którą sam zilustrował. Jego poezja zainspirowała spektakl „Anteny” Teatru Tańca i Ruchu Rozbark w reżyserii Macieja Gorczyńskiego. Żadan wystąpił również w Galerii Sztuki Współczesnej Szkoły Plastycznej jako autor związanych z miastem rysunków z „Mojego Schulza”, a była to ponoć jego pierwsza wystawa w życiu. Nie licząc, jak powiedział, wystawy po szkolnym konkursie na najlepszy portret. Zastrzegł, że go wygrał, choć w konkursie wzięła udział tylko jedna osoba. Zatem miejsce na plakacie uzasadnione. Żeby pokazać pełną skalę działań Żadana, zabrakło chyba jedynie koncertu z zespołem Sobaky (którego świadkiem SchulzFest był jednak kilka lat wcześniej).
Poza schematem
Wernisaż obrazków Żadana to coś niezwykłego, ale w znajomym formacie. Czekałem na coś, co przełamie bariery. Ostatniego dnia spektakl, taniec i słuchowisko połączył występ Kateryny Hładkiej. Badaczka i poetka przefiltrowała w nim przez swoją wrażliwość teksty Jurija Szewelowa, Łesia Kurbasa, Switłany Oleszko i piosenki zespołu Mertwyj Piweń, by opowiedzieć o wyjątkowym miejscu na ziemi (a może na wodzie?) – o Charkowie. Autorka i wykonawczyni poszerzyła różne formy w taki sposób, by zmieścić w nich własne uczucia i przeżycia. Z kolei pomysłowy monodram Ołeksandra Wojtki „Rozmowa o życiu”, z Tetianą Modżuk w roli śmierci, poważny temat ujął w burleskową formę. Udanie, przejmująco, ale trudno było przebić kameralny występ Hładkiej.
Oprócz związanego z Charkowem Żadana w mieście stawił się jeden z moich bohaterów z czasów, gdy zachwyciłem się ukraińską literaturą – Jurij Andruchowycz. On też ma na koncie projekty muzyczne, obecnie stale współpracuje z polskim zespołem Karbido. Andruchowycz na swój niepowtarzalny sposób przeczytał opowiadanie „Leśny”, które być może wejdzie (był tajemniczy) do planowanej powieści. Senne, Schulzowskie, jak zawsze nieco ironiczne i nostalgiczne opowiadanie w Polsce wydrukowała Fundacja Dwurnika. W Muzeum-Pokoju Schulza pokazano obraz Dwurnika „Polska Nike”.

Wydarzeniem było dla mnie czytanie „Listów do Ukrainy”, wierszy z pierwszej połowy lat 90., gdy Andruchowycz studiował w („tak zwanym”, jak to ujął) Instytucie Literackim w Moskwie. Na polski te wiersze doskonale przetłumaczył finalista Nike Tomasz Różycki, a nagrodą dla słuchaczy był drobny błąd ujawniony podczas czytania – autor odkrył, że tłumacz plucie na sufit zamienił w plucie na podłogę. Tę dwujęzyczną książkę opublikował Ryszard Krynicki w wydawnictwie a5. Czołowy poeta nowej fali był na miejscu, czytał swoje wiersze, dyskutował. Jego wizyta powinna być atrakcją dla czytelników w Drohobyczu, ale czy była? Może jako taka wejdzie do przyszłych podań, bo tłumaczeniem Krynickiego zajmuje się właśnie Żadan.
Od tego, ile w nas i w artystach jest gotowości na tego rodzaju „crossover episodes” i wychodzenie poza schematy (jak pokaz Kateryny; fundacja malarza drukująca ukraińskie opowiadanie; żołnierz-dyplomata, który tłumaczy starszego o pokolenie poetę oraz rysuje), zależy jakość kultury, którą współtworzymy. Mamy wpływ, zostawiamy ślad. To naturalnie niesie odpowiedzialność za publiczne wypowiedzi, ale o tym można by napisać odrębny tekst.
Wspólny język
Z Ołeksandrem Bojczenką rozmawiał Ołeksandr Myched, pisarz i żołnierz Zbrojnych Sił Ukrainy, autor wydanych w Polsce książek „Zmieszam z węglem twoją krew”, „Kotek, kogutek i szafka” i „Pseudonim dla Hioba”. Dwa miesiące wcześniej słuchałem Mycheda na Książkowym Arsenale w Kijowie, rozmawiał tam między innymi z Karoliną Sulej.
Ukraińcy lubią polskie autorki. Sylwia Chutnik przywiozła do Drohobycza przekład „Cwaniar”, opublikowany tu pod tytułem „Furie z Warszawy”. Rozmowa z Ryszardem Kupidurą przypomniała mi, jak świetnie wypada Sylwia publicznie – to nie tylko pisarka, ale też aktywistka gromadząca dziewczyny i kobiety wokół wspólnych spraw.
Solą (solą!) SchulzFestu jest jednak poezja. Oprócz cyklu „Wiersze w schronach”, gdzie prezentuje się po jednym wierszu czworga poetów, nieźle sprawdza się tu format rozmowy wierszy, w którym występuje się w parach. Tak było z Olhą Olchową z Kijowa i Anną Nasiłowską z Warszawy, a także Serhijem Żadanem z Charkowa i Ryszardem Krynickim z Poznania.

Zawsze lakoniczny Krynicki nieco się rozgadał dzięki moderującym rozmowę wierszy Monice Sznajderman i Pawłowi Próchniakowi. Nasiłowska i Olchowa opowiadały o wspólnym projekcie „Spilnomova”, dwujęzycznej antologii i planowanej kontynuacji z wzajemnymi, polsko-ukraińskimi przekładami poezji – ten dialog moderowali poeta i tłumacz Ostap Sływynski oraz tłumaczka Joanna Grabowska-Majewska.
Czytał wiersze, tym razem solo, i zagrał koncert również Ołeh Kadanow, poeta i muzyk znany z zespołu Linia Mannerheima (gdzie grał z Żadanem), od kilku lat żołnierz walczący na froncie. Z nową książką wierszy wróciła do Drohobycza poetka i naukowczyni Katarzyna Kuczyńska-Koschany, czytali też Marcin Sendecki czy Alfred Wierzbicki.
Szycie
Wspomniałem o pozaprogramowych spotkaniach, które w Drohobyczu idą wybitnie dobrze. Bez imprez małego i średniego formatu, jak SchulzFest, którego wydarzenia – jak ujął to jeden z panelistów przy okazji burzliwej rozmowy o „Małych centrach świata” (copyright Krzysztof Czyżewski) – są „dla kilkudziesięciu osób”, trudno budować wielowymiarowy i wielokulturowy świat. Mi się ta kameralność podoba, nawet gdy okazuje się, że zainteresowanych jest więcej, niż program przewiduje, a galicyjskie lato wysysa cały tlen z miejsc spotkań. Okazywało się tak w 7 na 10 przypadków.

Najdzikszą rozkoszą był dla mnie koncert zespołu Werchowyna, sławy wykraczającej poza Ukrainę, który siedzibę ma właśnie w Drohobyczu. Zobaczywszy na scenie regularną perkusję, elektryczny bas i cymbały, wiedziałem, że będzie ostro. 15 muzyków na niedużej scenie, do tego w porywach do 39 tancerek, tancerzy i śpiewaków w kolorowych strojach huculskich i bojkowskich, precyzyjna choreografia i poczucie, że w mój zapadły kącik świata przyjechało objazdowe kino. Cieszyłem się cały występ, zwłaszcza tańcem i eklektyzmem muzyki, w której ludowość łączyła się z musicalem.
Fala upałów i sytuacje, w których jednocześnie odbywają się dwa wydarzenia, sprzyjają spotkaniom przygodnym, nad ciastkiem czy kolacją, które zaliczam do atrakcji SchulzFestu. Na priwie bywa i weselej, i ostrzej niż przy okazji oficjalnych rozmów, tym bardziej że w ostatnich tygodniach mamy o czym rozmawiać. Jak przypomniała Olha Olchowa, dialog polega przede wszystkim na słuchaniu się nawzajem.
Pochwalę jeszcze koncert Oli Bilińskiej i Izy Lamik z programem żydowskich piosenek, jakie rzadko da się w tym mieście słyszeć, i muzyki do wierszy Debory Vogel i baśni Erny Rosenstein – mogę nie być obiektywny, ale słuchaczki i słuchacze pytali nawet mnie o nagrania naszych artystek. Płyta z baśniami już się produkuje. Potężne wrażenie wywarły też improwizacje duetu OPLA z Andrzejem Stasiukiem. Oba koncerty były kapitalne, oczyszczające – z grubsza można mówić o wodzie i ogniu, uważności i szaleństwie.
Stasiuk wyżył się i spełnił za mikrofonem, recytując opowieść o Matce Boskiej znaną z płyty z Mikołajem Trzaską, bo we wcześniejszej rozmowie o wędrówkach z trzech pisarzy dojechał tylko on i trudno było tam o jakieś zwarcie, dyskusję. W Przestrzeni Młodzieżowej Piotr Bukowski szył konstrukcje bluesowe, oberkowe i noise’owe, a Hubert Zemler wzbudził powszechny podziw nie tylko kapitalną grą na bębnach, ale też naprawą stopy podczas koncertu.




Miałem skromne marzenie: żeby nikt z tych dwóch wydarzeń nie wyszedł, teraz marzę o tym, by przykuwające uwagę dziewczyny i obrazoburczy Stasiuk (koncert był tuż obok kościoła Świętego Bartłomieja) z chłopakami przetrwali w pamięci SchulzFestu. Spokojniej słuchałem występu Trzech Kroków w Noc z udziałem Danyła Ilnyckiego, wybitnego humanisty z lwowskiego Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego, który uraczył też uczestników SchulzFestu spacerem śladami Debory Vogel po Lwowie (recytowała Diana Horbań), a mnie osobiście bardziej kameralną przechadzką – w słońcu zachodzącym nad Drohobyczem. Oto zajęty człowiek! Lubię ten nieprzewidywalny składnik festiwalu. Koncert poświęcony tekstom Łesi Ukrainki urzekł mnie świetlistym brzmieniem i zgrabnymi aranżacjami, wolałbym tylko naturalne wieczorne światło. I tu znów prozę wybitnej pisarki i dramaturżki recytowała Diana Horbań.
Pożegnanie
Oczywiście nie widziałem wszystkich wydarzeń. Czasem się nudziłem, niekiedy uśmiechałem, bywało, że głowa stawała się nieznośnie ciężka albo nic nie słyszałem, albo myślałem tylko o kawie, albo o tym, że co to ma być. Normalne reakcje.
Festiwal najpierw stąpa powoli, pod koniec rozpędza się tak, że nie wiadomo, kiedy minął. Wracam z nowymi znajomościami, zaplanowanymi spotkaniami i rozmowami, z nadzieją, że i za dwa lata życie zaniesie mnie do Drohobycza. I że odwiedzę miasto w czasach pokoju. W nocy po zamknięciu festiwalu nastąpił kolejny atak rakietowy Rosjan na stolicę Ukrainy, celem kolejny raz nie były jakieś obiekty wojskowe, tylko ludność cywilna. Rosja pozostaje najbardziej zbrodniczym krajem XXI wieku, a nam, Ukraińcom i Polakom, jeśli chcemy ocalenia, pozostaje tylko współpraca.

W ramach festiwalu miałem okazję odwiedzić słynną salę Politechniki Lwowskiej ozdobioną malowidłami Jana Matejki. Jak różne bywają hierarchie. Na sporej tablicy informacyjnej zapełnionej maczkiem nazwisko Matejki pada w trzeciej od końca z 50 czy 100 linijek. W holu głównego budynku na wchodzących patrzą pozłacane głowy Bandery i Szuchewycza.
Jakby na przekór ich zaniepokojonym wizytą Polaków spojrzeniom władze Politechniki współorganizowały 4 lipca uroczystość upamiętniającą zamordowanych 85 lat wcześniej polskich naukowców. W lipcu 1941 roku Niemcy zamordowali na Wzgórzach Wuleckich 45 osób – profesorów lwowskich uczelni i ich bliskich. Był wśród nich Tadeusz Boy-Żeleński. Nieco ponad rok później na drohobyckiej ulicy zginął Bruno Schulz.
To się nie zmienia – totalitarne reżimy zawsze biorą na cel naukowców i artystów. Dziś w Ukrainie wielu z nich z bronią w ręku walczy o przyszłość swojego kraju. W budynkach Politechniki Lwowskiej cywile nadal szyją siatki maskujące na potrzeby wojska. Nie widzieć lub nie rozumieć tego, jaki obrót przybrało życie półtorej godziny od polsko-ukraińskiej granicy i z jakich powodów – jest naiwnością, na którą żyjąc w Polsce, już nie można sobie pozwolić.

Zostaw komentarz