W dniu, kiedy zaczęła się inwazja, na spacerze z psem zobaczyłem w parku kobietę. Zaniepokojona rozmawiała z kimś przez telefon, spotkaliśmy się wzrokiem i gestem dałem wyraz wsparcia.
To było prawie nic. Poszedłem kupić żółtą i niebieską wstążkę. Dziwnie działa mózg. Po drodze do pasmanterii minąłem kilka osób, spojrzałem na nie i rozpoznałem znajomą emocję. Takie coś czujesz, gdy idziesz przez obce osiedle z większymi pieniędzmi w kieszeni. Czułem, jakby wszyscy wiedzieli i rozumieli to co ja. Pożegnaliśmy spokój.
Tak działa złudzenie, ale przypominam sobie o nim, kiedy nienawistnych i głupich komentarzy robi się za dużo.
W piątek, może jeszcze w czwartek poszedłem z psem do parku przy dworcu. Spotkałem dwoje ukraińskich dzieciaków z walizkami, nieufnych, domyśliłem się, że mogli wyjechać już po wprowadzeniu zakazu. Pytali o drogę do hotelu przy Bitwy Warszawskiej, następnego dnia zamierzali być w Berlinie.
Chyba w sobotę pojechałem do Pałacu Kultury, gdzie zorganizowano punkt pomocy, wejście obok Sali Kongresowej, kiedyś był tam dom tańca. Jeśli nie rząd, myślałem, to chociaż miasto zdaje sobie sprawę z tego, iloma ludźmi trzeba się będzie zaraz zająć. W punkcie nudziło się parę osób, pamiętam wolną przestrzeń, ze trzy stoły i nic. Nie było jasne, kto dowodzi. Byliśmy w małym gronie znajomych, wydawało się, że weekendowi wysłannicy urzędu nie tylko nie wiedzą, co zrobić z nami, ale też czym sami mają się zająć. Jedna ogarnięta babka zadzwoniła do kogoś, chyba na Dworcu Wschodnim, usłyszała, że tam dają radę, i wysłała nas na Zachodni. Na miejscu dziewczyny odesłano do pomocy na peronach i w hali, a mnie posadzono w okienku ZTM obok kas, żebym tłumaczył, co i jak z komunikacją, trasami i biletami.
Już w pierwszych dniach wprowadzono bezpłatne przejazdy pociągami dla Ukraińców, którzy przekroczyli granicę 24 lutego i później. Wyznaczono dla nich halę gdzieś na Bródnie czy Żeraniu, bez szans na bezpośredni dojazd z Zachodniego. Ludzi przyjeżdżało coraz więcej. Warszawianki i warszawianie przywozili kanapki, herbatę i zupę. Stanął namiot Food Not Bombs. Stolik z polskimi kartami SIM, z minutami do Ukrainy. Dworzec stał się miejscem zrzutu ubrań, często znoszonych, takich, które psychicznie łatwiej oddać niż wyrzucić. Ukraińskie studentki nie radziły sobie z polskimi bezdomnymi buszującymi w stertach ciuchów, wybuchały sprzeczki. Dziwiłem się, że w 20–30 osób pilnują rzeczy i jedzenia, choć znają język i przydałyby się bardzo na peronach czy „w terenie”. Dziś myślę, że były jak kobieta w parku w dniu inwazji, ledwo żyły z troski o bliskich, potrzebowały poczucia wspólnoty i porządku. Poza tym zatłoczona hala dworca autobusowego była jednym z dwóch ciepłych miejsc – drugie to żałośnie mała podziemna hala dworca kolejowego.
Otwarty dopiero niedawno – na koniec 2025 roku, a i to częściowo – kolejowy wtedy był rozkopany, poruszanie się było utrudnione, tunel zablokowany w dwóch czy trzech miejscach. Działała kładka, ale brakowało wind, a ludzie mieli sporo bagażu. Nie rozumieli, jak z peronu przejść na dworzec, a potem z kolejowego na autobusowy albo odwrotnie. Skąd jedzie się do centrum. Pytali o pociągi do Włoch i o samoloty do Hiszpanii, o najbliższe hotele. Ci, którzy mieli odwagę pytać, bo wielu czekało – tkwili na ławkach w hali, leżeli w korytarzach, zajmowali ławki na zewnątrz dworca autobusowego. Namawiałem ich do przejścia do hali. Zaczynałem od złapania jakiegoś jedzenia, herbaty, wody i obchodu miejsc, gdzie siedzieli. Nauczyłem się powtarzać „to bezpłatne”. Starałem się najpierw zaczepić dziecko, żeby dorośli nie musieli przyznawać przed sobą, że sami potrzebują pomocy.
Najbardziej przydawały się w tym pączki. Duża wojna zaczęła się parę dni po zakończeniu zimowych igrzysk, w tłusty czwartek. Warszawskie piekarnie w weekend pozbywały się nadmiarowych, niesprzedanych pączków. Dostawczaki zwoziły na dworzec wielkie płaskie pudła z pączkami, mam je przed oczami, te palety. Nie wiesz, co jest w kanapce, może mięso, może coś, czego nie jesz z powodów religijnych, coś, na co masz uczulenie. Co jest w pączku – mniej więcej wiadomo. Pączek może stwardnieć, ale się nie zepsuje, zwłaszcza zimą. W ogóle słodycze są bezpieczne, a zawartość kanapek zaczęto opisywać dopiero później. To nie sprawiło, żeby osoby ze ściśniętymi żołądkami zaczęły mieć apetyt, ale ludzie robili, co się dało.
To trochę jak z ubraniami. Nie chodzi o to, co chcesz dać czy czego się pozbyć, ale o to, co jest potrzebne. Mi też przydawały się te kanapki, herbata, bo myśl o przerwie przychodziła, gdy już słaniałem się na nogach po kilku godzinach na mrozie. Wszystko było pilne. Przychodziłem na dworzec codziennie po pracy, na wieczór, gdy robiło się nerwowo, trzeba było szukać noclegów. Obchody z jedzeniem i piciem zastąpiłem szybko pracą na peronach i pod tablicami. Czasem przynosiłem leki dla dzieci – dla nich i matek przeznaczono przestrzeń na piętrze dworca, mogły tam spać. Faceci musieli sobie radzić. Pytali, czy da się tu zdobyć materace. Spotykałem młodych i starszych, którzy jechali w przeciwną stronę – walczyć. Ostatni spokojny nocleg w nędznym hostelu nad dworcem, na szóstym piętrze. Dzieciaki śmiały się z mojej siwej brody, na następny dzień zgoliłem. Znajomi z dworcowej roboty mnie nie poznali.
Dostałem parę dni wolnego z pracy. Po pierwszej fali osób, które jechały, wiedząc, kto je odbierze i co dalej, zaczęli przyjeżdżać ludzie bez planu, wymęczeni i przestraszeni, z chorymi dziećmi. Przy dworcu stanęły autobusy, gdzie mogli się ogrzać, zaczynałem w południe w jednym z nich, tam gdzie mogli wpaść na herbatę wolontariusze, brałem odblask i kończyłem wieczorem. Nauczyłem się, że pociąg z Przemyśla przyjeżdża parę minut po 21. Autokary przyjeżdżały, kiedy chciały. Zawsze zostawały jakieś osoby, na które nikt nie czekał. Napisałem na kartonie „Mówię po ukraińsku”. Były dni, że zauważałem wokół siebie kogoś z naszych i ci ludzie brali ode mnie różne zadania, osoby pod opiekę z informacją, co jest potrzebne, gdzie zaprowadzić i tak dalej. Wspaniali.
Nie było końca. Wydawało się, że nasze państwo i miasto nigdy się nie ogarną. Dlatego wolontariusze byli coraz skuteczniejsi. W sieci powstała baza kontaktów do osób z Warszawy i okolic, które zgłosiły, że mogą udzielić noclegu, i kierowców wolontariuszy, z liczbą miejsc w samochodzie. Pod wieczór opiekuni bazy rozstawiali w hali dworca autobusowego stoliki z laptopami. Stykałem się z nimi rzadko, pozostałem „w terenie”, zwłaszcza że za pierwszym razem dostałem ochrzan, gdy nie wspomniałem, że są potrzebne foteliki i dla jakiego wieku. Aż kiedyś, po wielu dniach, przyszedłem do autobusu wolontariuszy i ktoś nie pozwolił mi wziąć odblasku. Zapytał, czy zarejestrowałem się na stronie urzędu, na jakie godziny mam przydział, tego typu rzeczy. Pierwsza fala przyjezdnych została zaabsorbowana, w pociągach i na dworcu zrobiło się luźniej, więc wkroczyli etatowi specjaliści. Ktoś znajomy dał mi wtedy ten odblask.
W marcu miałem tydzień wakacji i już nie wróciłem na dworzec. Zdałem sobie sprawę, że nie poznałem nawet imion ludzi, z którymi pracowałem dzień w dzień. Oczywiście stali mi się bliscy, chciałbym dowiedzieć się czegoś o nich, ale nigdy nie było czasu. I w drugą stronę – miałem w głowie sporo imion i nazwisk bez twarzy, bo prowadziłem własną bazę kontaktów. Nadal czasem, gdy szukam w telefonie jakiegoś numeru, napotykam obce nazwiska, czasem z dopiskami typu „dorosły +8L.”, „transport 4os”, adresami domowymi czy tylko ogólnie miastami. Mam też namiary na ambasadę Szwecji w Warszawie, Embassy of Sweden Berlin oraz na Ernsta Jana, który przyjechał dwupiętrowym autobusem z holenderskiego miasta, nazwę zapomniałem. Przechowuję gdzieś jego papierową wizytówkę, dowód, że firma i miasto istnieją. Musiały być gdzieś za Brunszwikiem, bo Ernst Jan podwiózł tam 21-osobową rodzinę, którą na jedną noc udało się rozlokować na piętrze dworca i u przyjaciół.
Znowu mamy lodowatą zimę. Skrawki dworcowych wspomnień, poczucie sensu, które mnie wtedy pochłonęło, odzywają się co roku, gdy w tłusty czwartek z witryn piekarni patrzą na mnie sterty pączków.
-
Na zdjęciu widok hali dworca autobusowego Warszawa Zachodnia w 2019 roku. Sieć komórkowa już witała. Fot. Google Street View

Zostaw komentarz