Mam delikatną potrzebę podsumowania wydarzeń z 2025, ale nie wiem, czy tego potrzebuję. Ale ale – nie podobają mi się teksty czy wpisy dotyczące tego, że ktoś nie będzie podsumowywał roku.
Podsumowanie 30 grudnia 2025
Mogę podsumować ten dzień, 30 grudnia. Wczoraj jak wyszliśmy z psem na dwór, jakoś przed 23, to po drugiej stronie ulicy, a to jest bardzo szeroka ulica, stał radiowóz na bombach. Dzisiaj rano jak wyszliśmy z psem, to stała buda na bombach. Teraz jak to zaczynam pisać, jest 19.31, i ciągle stoi coś na bombach. Wyjrzałem, normalny radiowóz znowu. Coś tam się musiało ciekawego wydarzyć.
U mnie aż tak ciekawie nie było, pojechałem na zakupy, w międzyczasie pokorespondowałem z kurierem, skutecznie obie rzeczy, bo wróciłem z psim jedzeniem, tanimi butami na zimę (rodzaj: do spacerów z psem; nienadające się do uroczystych wyjść) i poduszką. Tak wygląda upływ czasu, kupujesz taką poduchę, jaka nieźle ci służyła w ostatnich latach, myślisz ciężko będzie, bo kupiłeś w Hali Wola, a tam może już takich nie być, ale okazuje się, że to poducha z popularnego sklepu i że jeszcze jest w sprzedaży. Może tych lat nie było tak wiele, jak myślałeś? W każdym razie kupowanie drugi raz czegoś, co dobrze służy, nie brzmi jak ruszanie bryły z posad. Może to i lepiej. Brzmi totalnie jak 30 grudnia.
Okazuje się dzisiaj, że oczy zoperowałem dokładnie trzy lata temu. Na część dalszych znajomych działa do dziś. Jakie to proste: zdejmiesz okulary, ściągniesz czapkę i nikt cię nie poznaje. To przyjemne. I tak nadal się zdarzało w 2025!
Plany na 2026
Ciekawostka od naszych sponsorów: rzekomo kalendarz na 2026 ułożył się dokładnie tak, jak kalendarz w latach 1959, 1970, 1981, 1987, 1998, 2009 i paru innych. Można sobie powiesić stary kalendarz i będzie pracował jak złoto.
Krótsze formy do czytania
Z moich sukcesów: publikowałem teksty za pieniądze, głównie w gdańskim portalu miastoliteratury.com. Znalazłem tam też dużo ciekawych rzeczy do czytania. Wróciłem do przeglądania Dwutygodnika, nigdy nie mogę tego wyśrodkować, albo czytam wszystko jak leci, to długo trwa, a ja się szybko nudzę lub obrażam, albo pauzuję. Nie potrafię tylko tych kawałków, które mnie ciekawią. Zaglądam też na „Politykę”, a reklamami najczęściej częstuje mnie „Tygodnik Powszechny”, pewnie dlatego, że bardzo szanuję teksty Antoniny Palarczyk. To może moje największe osiągnięcie dziennikarskie, że mogę nazwać się jej kolegą. Ta dziewczyna zauważa rzeczy, umie rozmawiać i robić użytek z tego, co wie. No i Michał Okoński.
Dużo teraz czytam tekstów. Zaglądam na różne portale ukraińskie, Suspilne Kultura, Livyi Bereh i Zbruč, odkąd poznałem Bojczenkę – nikt nie pisze lepszych felietonów, a ponoć też nikt nie potrafi tak redagować, jestem wyznawcą – oglądam kanały, zwłaszcza Portnikowa [UA], który wydaje z siebie jakieś sześć godzin komentarzy politycznych na godzinę. W pierwszej części roku przyjmowałem dużo Butusowa, ale poszedł do wojska i rzadziej się odzywa. Jest jakiś jego nowy wywiad do ogarnięcia. Trochę odpuściłem z Szalonymi Autorkami [UA], które słowami Wiry Ahejewej i Rostysława Semkiwa opowiadały mi ukraińską literaturę.
Książki – głównie rzeczy zawodowe, stare albo ukraińskie, w dodatku przestałem zapisywać, co przeczytałem.
Pisanie: mało, ale długie
W tym roku pisanie straciło priorytet. Od momentu jak na koniec 2024 złożyłem mój tekst o czytaniu w jednej redakcji, która go chciała, do momentu opublikowania go przez inną redakcję, minęło prawie 12 miesięcy. Roz... za... prze... Jak to powiedzieć, odebrało mi dużo rzeczy to robienie sobie nadziei, czekanie, bycie w gotowości, poprawianie, aktualizowanie – właściwie, tak ostatecznie, to po nic. Pewnie końcowy efekt, byłby lepszy, gdybym zaktualizował tekst raz, na sam koniec, mając już pewność, że będzie opublikowany, i wiedząc kiedy. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że parę razy myślałem, że wiem...
Niespodzianką sezonu było pożegnanie z „Książkami” agorowymi po zmianie naczelnego, ale w sumie tak dla mnie lepiej. Teraz jakby uczę się na nowo pisania dla siebie. Ciągle wychodzi mi za długie i za dużo poprawiam. Zacząłem sobie budować substacka, ale efekty na razie są mizerne, nie wiem, czy dam radę cisnąć tam teksty. To wymaga cierpliwości, regularności, myślenia tematami. Na razie chyba pół na pół pisałem od razu po angielsku i po polsku z tłumaczeniem przez copilota, które poprawiałem. Nie mam wystarczających umiejętności, żeby lecieć z głowy po angielsku, niestety. Potrzebuję drugiego oka.
Napisałem też trochę rzeczy w międzyczasie, jestem zadowolony zwłaszcza z relacji z kijewskiego showcase’u muzycznego Young Blood Live. Zaproszenie przyszło późno, ale to nie zraziło Janka Błaszczaka, który puścił ten tekst w 2T bardzo szybko. Dziękuję za to. Dziękuję też „Polityce” i wszystkim, którzy dali mi łamy. Praca z Wami to przyjemność.
Słuchanie: symbolicznie i po ludzku
Kiedy to piszę, słucham kapitalnej płyty „Ptaki Polski”. To przepiękna muzyka, a jak ktoś lubi Filipa Kosiora, to i tekst mu się spodoba. Michał Szturomski umie robić tylko dobrze. W nagraniach towarzyszyli mu: Mazzoll, Wośko, Chamoun i Szczyciński. Gratuluję.
Wiem, że dostałem tego cedeka od Michała 6 marca. A skąd wiem? Bo to był wieczór wspomnień o Błażeju, Didżeju z Wąsem. Wzruszający i sympatyczny wieczór, podczas którego też było dużo słuchania – i piosenek, i przyjaciół. Korciło mnie, żeby coś opowiedzieć, ale nie ośmieliłem się. Za to mam z tego wieczoru śmieszne wspomnienie, siedziałem przy stole z chłopakami z Afro, zasugerowałem, że będę już spadał, ale nie wiedziałem, że „Ptaki Polski” są już wytłoczone, trwała ostatnia piosenka, „Byłaś serca biciem”, Remek powiedział: „Jeśli wychodzić, to tylko przy dźwiękach Yamahy DX7”, i wstaliśmy. To był wieczór dorosłego słuchania.
Jakoś późną wiosną był moment, gdy chciałem napisać o czterech czy pięciu fenomenalnych albumach, które wrzuciłem do Foobara i to szło tak w kółko dzień, dwa, tydzień, dwa tygodnie i nie mogłem przestać słuchać, dołożyć nic do playlisty ani odjąć. Kapitalne albumy, a każdy z innej parafii, i to właśnie sprawiło, że chciałem je opisać, i jednocześnie utrudniło sprawę. Te płyty też na ogół dostałem od artystów, jak nie w przesyłce, to do ręki.
Były tam „Opuszki” Asi Nawojskiej, którą poznałem w 2023 na Next Feście w Poznaniu. Tam jest jeden numer więcej niż na strimach. Trudno napisać coś celnego o Asi, bo ona się wymyka. Pewne jest to, że nie ogląda się na to, co robią inne artystki i artyści piosenkowi w Polsce. Słuchanie jej piosenek jest jak oddychanie świeżym powietrzem, jest tak ulotna, wdzięczna, a zarazem doskonale wie, czego chce, i pisze bardzo oryginalnie. Odważnie, z troską o zaskoczenia, osobiście – i znowu, tak zwiewnie jakoś. Nie do uchwycenia. Śpiewa też jak nikt, gra na fortepianie, można by pomyśleć – młodsza siostra Gaby Kulki. Uosobienie wolności.
„Odwet” Jadu. Kwadrans bardzo satysfakcjonującego trzaskania z plaskacza. Niby to punk, przynajmniej w moim uchu, ale teksty i ekspresja Paciora są jakieś takie inteligenckie. To, że chłopaki jeżdżą z Dezerterem, ma głęboki sens – nie wiem, kto na to wpadł, ale to siedzi. Taki to paradoksalny zespół, jakoś wcisnęli się pomiędzy stereotypy, w mocno skodyfikowany rodzaj muzyki, ale jadą tak, że czuję radość, utożsamiam się, rozumiem i chcę tego więcej. W sensie nie więcej niż jest na płycie, ale chcę, żeby zgłębiali temat i rozwijali, bo dobrze to buja, znakomicie brzmi i sprawia mi dużo przyjemności. Mają we mnie fana.
Teraz chyba mój najbardziej zakolegowany zespół w tym gronie, czyli Alfah Femmes z „Banned from Poland”. Wicie rozumicie, na świat trochę nie mają innej drogi niż bycie band from Poland, a trochę są banned from Poland. W pewnym sensie za dobrzy na to, żeby zrobić tu karierę, bo te harmonie takie dzikie, rytmy jakieś pokręcone, aranże jak dla akademików muzycznych, brzmienia gitar jak z moich snów o światowej karierze artystycznej, no i te teksty po angielsku. Za mało proste, za sprytne.
Czasem się jedzie takim wytartym szlagwortem, że chciałoby się to słyszeć w polskim radiu. Nie, polskie radio jest skończone i przypuszczam, że Alfah Femmes wzruszyliby ramionami na dwie, trzy emisje tygodniowo. Są zespołem klasy światowej, świetnie grają na instrumentach i śpiewają, nie ma tu grania na alibi, na odwal się, niedociągnięć i scenicznego wdzięczenia się, że o rety, a teraz będzie cisza, a kolega przez cztery minuty będzie zmieniał gitarę basową, której i tak nie będzie słychać – z czego słyną renomowane, wysyłane za granicę polskie zespoły niezależne, bez pokazywania palcami.
Lubię kolegować się z inteligentnymi i wrażliwymi ludźmi i oni tacy są. Stąd dostałem płytę. Na wiosnę, na festiwalu Sea You. Przepraszam za te ranty, ale Alfah Femmes mogliby na wzór Trupy Trupa („Mourners” gituwa) czy NNHMN („Opera of Lust & The Art of Sorrow I” na poziomie) mocno popracować nad obecnością w innych krajach. Są tego warci i daliby radę. Łatwo zgubiliby naklejkę „band from Poland”. A wiecie, że ten album wyszedł też na NFC? W linku wyżej jest.
Byłoby super przypomnieć sobie teraz czwartą płytę tłuczoną w maju do upadłego, ale to się może zdarzyć chyba tylko za pomocą szukania czegoś mocno odmiennego od powyższych. Na pewno z Sea You przywiozłem też dwa winyle – doskonałe „The Cinnamon Show” Cinnamon Gum, których w ciągu 2025 roku widziałem trzy razy i opisałem, oraz płytę Maćka Polaka „1977”, która mnie zachwyciła lekkością, wszechstronnością i radością tworzenia. No i klimatem.
Zapomniałbym. Mam w tym roku sukces pisarski! Dzięki zaproszeniu Coastline Northern Cuts napisałem pierwsze w moim życiu liner notes, do płyty duetu Tenemik – czyli właśnie Maćka Polaka i Piotra Yaca. Dubowo-technowe, dronowo-krautowe, analogowe, ale dla mnie też jakoś punkowe „Bemenet / Kimenet” zajęło specjalne miejsce w moim sercu. Mamy w Polsce wielkie szczęście, że tacy artyści chcą się z nami dzielić swoją pracą.
Tylko że Tenemik wyszedł pod koniec roku, mniej więcej równo ze świetnym powrotem Starej Rzeki „Wynoś się z mojego domu”, ale nie wiosną. Tak też stało się z „Dżunglą”, płytą najlepszego moim zdaniem zespołu w Polsce, w tym sensie, że Wczasy robią dokładnie to, do czego służy sztuka: do komunikacji, bycia razem, zwłaszcza w trudnych czasach, do skoków w przeszłość i przyszłość, do marzenia i działania tu i teraz. Oczywiście najlepiej to widać na koncertach, ale ten trzeci album, gdy tylko się wytłoczy – a z tym są opóźnienia – na dłużej zagości na (w?) moim patefonie.
W tym miejscu pragnę wyrazić szacunek dla Thin Man Records, Instant Classic i innych za to, że prowadzą własne sklepy online. Warto przypomnieć, że hołubiony przez polskich artystów i wytwórnie Bandcamp, z którego też korzystam, kupując (i dostając!) pliki i nagrania, należy do amerykańskiej korporacji. A w Stanach różne prawa – spójrzcie na naukowców, imigrantów i mniejszości – okazują się nietrwałe. Do tego jest wątek współpracy USA z Rosją, który dobrze opisał Nikolaienko, sygnalizując opuszczenie Bandcampa z końcem 2025 roku. Marzę o europejskiej alternatywie dla BC.
Wracając do płyt, na początku roku był „Brudnopis” Bazgrołków, podobnie „The Purple Bird” Bonniego „Prince’a” Billy’ego, którego styczniowy koncert w Pardon, To Tu był pierwszą z długiej serii rozkoszy, jakich doznałem w Alei Armii Ludowej, wejście od Braci Podoskich. Nie widziałem go wcześniej, nie wiedziałem, że ma zwyczaj śpiewania do konkretnej osoby, wyśpiewał mi „Is My Living in Vain?” i zrobiło mi. Czy to piosenka patron tego roku? Pies Patron mówi, że być może tak. A chyba o tej Maciek z Nagrobków powiedział mi na ucho, że bardzo lubi:
WIEM! Czwartą płytą na tamtej wiosennej liście było „Szczęście” Potworów i Ludzi. Można brzmienie tej płyty wytriangulować z poprzednich, bo ma tak oryginalne i swojskie teksty jak Asi Nawojskiej, a jednocześnie jest w tym jakieś przedrzeźnianie punk rocka, to wykpiwanie, to „obchodzenie z prawej” etosu życia bez pieniędzy, nie zawsze chcianego dojrzewania, które stawia przed nami wyzwania trochę trudniejsze niż pokonanie nastoletniej nudy. Muzyczne też przedrzeźnianie. Kto by nie chciał znowu mieszkać na Jelonkach, jeździć nieistniejącym od dawna 106, a co dopiero 506 panie, albo 407. Wszyscy byśmy chcieli. Te piosenki od razu bierze się jak swoje. Jesienią okazało się, że dobrze pasują też do zgniłego świata.
Niby niczego konkretnego nie słuchałem, ale mam jeszcze co dołożyć do piecyka. Z koncertów przywalił mnie duet Heinali i Andriana-Yaroslava Saienko wykonujący „Hildegardę” przed koncertem Sunn O))). To był piękny wieczór, bo po ukraińskim trzęsieniu ziemi nic więcej już nie potrzebowałem, tego dnia z tłoczni dotarła płyta i wziąłem autografy od artystów, a emocji było tyle, że zamiast iść na teoretyczną gwiazdę wieczoru, z ulgą spędziłem dłuższą rozmowę z dwojgiem świetnych ludzi, świetniejszych od Andersona i O’Malleya starych znajomych, podczas gdy czerwcowe słońce zachodziło nad Wałem Miedzeszyńskim. Ten wieczór chcę zapamiętać. A „Hildegarda” kapitalna płyta! Najlepsza z Unsoundu, który nieźle się rozkręcił jako wydawca, puszczając w tym roku także nowego, piosenkowego Kurka, duet Nowacka/Birch oraz kooperację Kakuhan z Gołębiewskim (wydaną wspólnie z Instant Classic), mocno jak na mnie awangardową, ale obiecuję jeszcze stawić jej czoło.
Na mojej prywatnej liście do zapamiętania są jeszcze Roberci z „Księgą Robertów”, której piosenką kluczem jest „30s”. Oznacza to w mojej interpretacji zarówno 30 sekund na zmianę czegoś w swoim życiu, jak głosi piosenka, jak i lata trzydzieste w życiu człowieka. A do tego, tutaj uwaga zagram kartą stary człowiek może, chodzi w tej piosence, w tej płycie i w Robertach o muzykę sprzed 30 lat, czyli z lat precyzyjnie dziewięćdziesiątych. Kocham ten zespół. Szymanowskiego, Weissa, i tego trzeciego, pozwólcie że sprawdzę... Dychę. To są jakby jeszcze bardziej olewcze Potwory i Ludzie, ale przez to wesołe, mniej zacięte na polskie realia. Chyba że w wideoklipach.
Tego też słuchałem w kółko, a co mi, przyznam się, jestem rockersem. Potrzebowałem takiej płyty mocno. Sam sobie kupiłem pierwszego dnia, jak ogłosili, jak często człowiek robi takie rzeczy? Potrzebowałem, żeby mi brzmiało i śpiewało jak w Alfah Femmes, ale z takim siermiężnym, sucharowym humorem. Trzeba umieć zrymować „za późno” z „na próżno”, trzeba umieć napisać „jestem sam, jestem taki sam, jestem taki sam, jak on” – to nie są proste rzeczy, na pewno nie dla „uznawanych za najlepszych” polskich tekściarek i tekściarzy.
No, było tych płyt jeszcze. Dobrym punktem odniesienia dla Robertów są Mlecze, które najpierw usłyszałem na Next Feście, a potem była płyta „Maruda”. Pan Thorarensen w U Know Me – bardzo zaskakujący. Siódemka Dynasonic z Łukaszem Rychlickim. Dziewiąta część Digital Indigenous. Shiroishi i Kurek z Mondoj. Variete. Julka Ploskiego „Give Up Channel”, skarb. Słuchany poniewczasie oktet Marka Pospieszalskiego z Zoh Ambą z końca zeszłego roku i też z Instant Classic bardzo dobre Hinode Tapes i Hirokim Chibą. Kilka nowych piosenek Niebieskich i Kutmana. Hajda Banda podobno fajna, dostałem, ale jeszcze nie słuchałem. Powrót Holdena i Zimpla, powrót Mazutu. Płyta The Golding Institute, którą wydał Michał, i na czternastą nogę powrót Miru z „Moribundes”.
Obie „Chamber Music” Maćka Wirmańskiego i z innej, zwyczajnej dla niego beczki „Kruki”. O, z tej dziedziny to jeszcze dorobek Saamlenga trzeba nadrobić, a do listy dopisać sprawdzone już „Before the Silence” Mirta, który zawsze był dla mnie artystą totalnym, ze świetnymi pomysłami, podbudową teoretyczną, kimś, kto pracuje z intencją, chcąc osiągnąć jakiś cel, coś sprawdzić – o to przecież w tym chodzi, inaczej to czcza zabawa – a do tego bardzo szanuję go jako muzyka. Więcej by się znalazło, sporo stoi na półce nieprzesłuchane, ale nie ma co ciągnąć wyliczanki w nieskończoność, co nie? Zwłaszcza że nie pamiętam, czy ta epka JPEGMAFIA z Flume była w tym roku.
Przyjemnie i sensownie było wrócić w tym roku do Kijowa i Lwowa, a jeszcze zobaczyć Drohobycz i spotkać tam świetne osoby. Pan Leonid Golberg przyjął mnie do znajomych! Będę kombinował nad kolejnymi wizytami. To chyba najwięcej zmieniło w tym, co robię. We Lwowie Stas Shostak, twórca gier, który służy pod Charkowem, zrobił mi dwa piękne portrety. Zobaczcie ten. To ja w 2025.

Powrót do podsumowania 30 grudnia 2025
Nasypało mnóstwo śniegu. Już rano było rozrzucone dużo soli, pies dwa razy chodził na trzech nogach, trudny widok, ale na szczęście łatwe interwencje, a teraz to już w ogóle się porobiło. Mam nadzieję, że wieczorami nie sypią tej soli za wiele, może mają wolne. Wciąż nawala, może się puścimy do parku.

Zostaw komentarz