Podsumowanie 30 grudnia 2025 i trochę roku 2025

Mam deli­kat­ną potrze­bę pod­su­mo­wa­nia wyda­rzeń z 2025, ale nie wiem, czy tego potrze­bu­ję. Ale ale – nie podo­ba­ją mi się tek­sty czy wpi­sy doty­czą­ce tego, że ktoś nie będzie pod­su­mo­wy­wał roku.

Podsumowanie 30 grudnia 2025

Mogę pod­su­mo­wać ten dzień, 30 grud­nia. Wczoraj jak wyszli­śmy z psem na dwór, jakoś przed 23, to po dru­giej stro­nie uli­cy, a to jest bar­dzo sze­ro­ka uli­ca, stał radio­wóz na bom­bach. Dzisiaj rano jak wyszli­śmy z psem, to sta­ła buda na bom­bach. Teraz jak to zaczy­nam pisać, jest 19.31, i cią­gle stoi coś na bom­bach. Wyjrzałem, nor­mal­ny radio­wóz zno­wu. Coś tam się musia­ło cie­ka­we­go wydarzyć.

U mnie aż tak cie­ka­wie nie było, poje­cha­łem na zaku­py, w mię­dzy­cza­sie poko­re­spon­do­wa­łem z kurie­rem, sku­tecz­nie obie rze­czy, bo wró­ci­łem z psim jedze­niem, tani­mi buta­mi na zimę (rodzaj: do spa­ce­rów z psem; nie­na­da­ją­ce się do uro­czy­stych wyjść) i podusz­ką. Tak wyglą­da upływ cza­su, kupu­jesz taką podu­chę, jaka nie­źle ci słu­ży­ła w ostat­nich latach, myślisz cięż­ko będzie, bo kupi­łeś w Hali Wola, a tam może już takich nie być, ale oka­zu­je się, że to podu­cha z popu­lar­ne­go skle­pu i że jesz­cze jest w sprze­da­ży. Może tych lat nie było tak wie­le, jak myśla­łeś? W każ­dym razie kupo­wa­nie dru­gi raz cze­goś, co dobrze słu­ży, nie brzmi jak rusza­nie bry­ły z posad. Może to i lepiej. Brzmi total­nie jak 30 grudnia.

Okazuje się dzi­siaj, że oczy zope­ro­wa­łem dokład­nie trzy lata temu. Na część dal­szych zna­jo­mych dzia­ła do dziś. Jakie to pro­ste: zdej­miesz oku­la­ry, ścią­gniesz czap­kę i nikt cię nie pozna­je. To przy­jem­ne. I tak nadal się zda­rza­ło w 2025!

Plany na 2026

Ciekawostka od naszych spon­so­rów: rze­ko­mo kalen­darz na 2026 uło­żył się dokład­nie tak, jak kalen­darz w latach 1959, 1970, 1981, 1987, 1998, 2009 i paru innych. Można sobie powie­sić sta­ry kalen­darz i będzie pra­co­wał jak złoto.

Krótsze formy do czytania

Z moich suk­ce­sów: publi­ko­wa­łem tek­sty za pie­nią­dze, głów­nie w gdań­skim por­ta­lu miastoliteratury.com. Znalazłem tam też dużo cie­ka­wych rze­czy do czy­ta­nia. Wróciłem do prze­glą­da­nia Dwutygodnika, nigdy nie mogę tego wyśrod­ko­wać, albo czy­tam wszyst­ko jak leci, to dłu­go trwa, a ja się szyb­ko nudzę lub obra­żam, albo pau­zu­ję. Nie potra­fię tyl­ko tych kawał­ków, któ­re mnie cie­ka­wią. Zaglądam też na „Politykę”, a rekla­ma­mi naj­czę­ściej czę­stu­je mnie „Tygodnik Powszechny”, pew­nie dla­te­go, że bar­dzo sza­nu­ję tek­sty Antoniny Palarczyk. To może moje naj­więk­sze osią­gnię­cie dzien­ni­kar­skie, że mogę nazwać się jej kole­gą. Ta dziew­czy­na zauwa­ża rze­czy, umie roz­ma­wiać i robić uży­tek z tego, co wie. No i Michał Okoński.

Dużo teraz czy­tam tek­stów. Zaglądam na róż­ne por­ta­le ukra­iń­skie, Suspilne Kultura, Livyi Bereh i Zbruč, odkąd pozna­łem Bojczenkę – nikt nie pisze lep­szych felie­to­nów, a ponoć też nikt nie potra­fi tak reda­go­wać, jestem wyznaw­cą – oglą­dam kana­ły, zwłasz­cza Portnikowa [UA], któ­ry wyda­je z sie­bie jakieś sześć godzin komen­ta­rzy poli­tycz­nych na godzi­nę. W pierw­szej czę­ści roku przyj­mo­wa­łem dużo Butusowa, ale poszedł do woj­ska i rza­dziej się odzy­wa. Jest jakiś jego nowy wywiad do ogar­nię­cia. Trochę odpu­ści­łem z Szalonymi Autorkami [UA], któ­re sło­wa­mi Wiry Ahejewej i Rostysława Semkiwa opo­wia­da­ły mi ukra­iń­ską literaturę.

Książki – głów­nie rze­czy zawo­do­we, sta­re albo ukra­iń­skie, w dodat­ku prze­sta­łem zapi­sy­wać, co przeczytałem.

Pisanie: mało, ale długie

W tym roku pisa­nie stra­ci­ło prio­ry­tet. Od momen­tu jak na koniec 2024 zło­ży­łem mój tekst o czy­ta­niu w jed­nej redak­cji, któ­ra go chcia­ła, do momen­tu opu­bli­ko­wa­nia go przez inną redak­cję, minę­ło pra­wie 12 mie­się­cy. Roz... za... prze... Jak to powie­dzieć, ode­bra­ło mi dużo rze­czy to robie­nie sobie nadziei, cze­ka­nie, bycie w goto­wo­ści, popra­wia­nie, aktu­ali­zo­wa­nie – wła­ści­wie, tak osta­tecz­nie, to po nic. Pewnie koń­co­wy efekt, był­by lep­szy, gdy­bym zak­tu­ali­zo­wał tekst raz, na sam koniec, mając już pew­ność, że będzie opu­bli­ko­wa­ny, i wie­dząc kie­dy. Na swo­je uspra­wie­dli­wie­nie mam tyl­ko to, że parę razy myśla­łem, że wiem...

Niespodzianką sezo­nu było poże­gna­nie z „Książkami” ago­ro­wy­mi po zmia­nie naczel­ne­go, ale w sumie tak dla mnie lepiej. Teraz jak­by uczę się na nowo pisa­nia dla sie­bie. Ciągle wycho­dzi mi za dłu­gie i za dużo popra­wiam. Zacząłem sobie budo­wać sub­stac­ka, ale efek­ty na razie są mizer­ne, nie wiem, czy dam radę cisnąć tam tek­sty. To wyma­ga cier­pli­wo­ści, regu­lar­no­ści, myśle­nia tema­ta­mi. Na razie chy­ba pół na pół pisa­łem od razu po angiel­sku i po pol­sku z tłu­ma­cze­niem przez copi­lo­ta, któ­re popra­wia­łem. Nie mam wystar­cza­ją­cych umie­jęt­no­ści, żeby lecieć z gło­wy po angiel­sku, nie­ste­ty. Potrzebuję dru­gie­go oka.

Napisałem też tro­chę rze­czy w mię­dzy­cza­sie, jestem zado­wo­lo­ny zwłasz­cza z rela­cji z kijew­skie­go show­ca­se­’u muzycz­ne­go Young Blood Live. Zaproszenie przy­szło póź­no, ale to nie zra­zi­ło Janka Błaszczaka, któ­ry puścił ten tekst w 2T bar­dzo szyb­ko. Dziękuję za to. Dziękuję też „Polityce” i wszyst­kim, któ­rzy dali mi łamy. Praca z Wami to przyjemność.

Słuchanie: symbolicznie i po ludzku

Kiedy to piszę, słu­cham kapi­tal­nej pły­ty „Ptaki Polski”. To prze­pięk­na muzy­ka, a jak ktoś lubi Filipa Kosiora, to i tekst mu się spodo­ba. Michał Szturomski umie robić tyl­ko dobrze. W nagra­niach towa­rzy­szy­li mu: Mazzoll, Wośko, Chamoun i Szczyciński. Gratuluję.

Wiem, że dosta­łem tego cede­ka od Michała 6 mar­ca. A skąd wiem? Bo to był wie­czór wspo­mnień o Błażeju, Didżeju z Wąsem. Wzruszający i sym­pa­tycz­ny wie­czór, pod­czas któ­re­go też było dużo słu­cha­nia – i pio­se­nek, i przy­ja­ciół. Korciło mnie, żeby coś opo­wie­dzieć, ale nie ośmie­li­łem się. Za to mam z tego wie­czo­ru śmiesz­ne wspo­mnie­nie, sie­dzia­łem przy sto­le z chło­pa­ka­mi z Afro, zasu­ge­ro­wa­łem, że będę już spa­dał, ale nie wie­dzia­łem, że „Ptaki Polski” są już wytło­czo­ne, trwa­ła ostat­nia pio­sen­ka, „Byłaś ser­ca biciem”, Remek powie­dział: „Jeśli wycho­dzić, to tyl­ko przy dźwię­kach Yamahy DX7”, i wsta­li­śmy. To był wie­czór doro­słe­go słuchania.

Jakoś póź­ną wio­sną był moment, gdy chcia­łem napi­sać o czte­rech czy pię­ciu feno­me­nal­nych albu­mach, któ­re wrzu­ci­łem do Foobara i to szło tak w kół­ko dzień, dwa, tydzień, dwa tygo­dnie i nie mogłem prze­stać słu­chać, doło­żyć nic do play­li­sty ani odjąć. Kapitalne albu­my, a każ­dy z innej para­fii, i to wła­śnie spra­wi­ło, że chcia­łem je opi­sać, i jed­no­cze­śnie utrud­ni­ło spra­wę. Te pły­ty też na ogół dosta­łem od arty­stów, jak nie w prze­sył­ce, to do ręki.

Były tam „Opuszki” Asi Nawojskiej, któ­rą pozna­łem w 2023 na Next Feście w Poznaniu. Tam jest jeden numer wię­cej niż na stri­mach. Trudno napi­sać coś cel­ne­go o Asi, bo ona się wymy­ka. Pewne jest to, że nie oglą­da się na to, co robią inne artyst­ki i arty­ści pio­sen­ko­wi w Polsce. Słuchanie jej pio­se­nek jest jak oddy­cha­nie świe­żym powie­trzem, jest tak ulot­na, wdzięcz­na, a zara­zem dosko­na­le wie, cze­go chce, i pisze bar­dzo ory­gi­nal­nie. Odważnie, z tro­ską o zasko­cze­nia, oso­bi­ście – i zno­wu, tak zwiew­nie jakoś. Nie do uchwy­ce­nia. Śpiewa też jak nikt, gra na for­te­pia­nie, moż­na by pomy­śleć – młod­sza sio­stra Gaby Kulki. Uosobienie wolności.

Odwet” Jadu. Kwadrans bar­dzo satys­fak­cjo­nu­ją­ce­go trza­ska­nia z pla­ska­cza. Niby to punk, przy­naj­mniej w moim uchu, ale tek­sty i eks­pre­sja Paciora są jakieś takie inte­li­genc­kie. To, że chło­pa­ki jeż­dżą z Dezerterem, ma głę­bo­ki sens – nie wiem, kto na to wpadł, ale to sie­dzi. Taki to para­dok­sal­ny zespół, jakoś wci­snę­li się pomię­dzy ste­reo­ty­py, w moc­no sko­dy­fi­ko­wa­ny rodzaj muzy­ki, ale jadą tak, że czu­ję radość, utoż­sa­miam się, rozu­miem i chcę tego wię­cej. W sen­sie nie wię­cej niż jest na pły­cie, ale chcę, żeby zgłę­bia­li temat i roz­wi­ja­li, bo dobrze to buja, zna­ko­mi­cie brzmi i spra­wia mi dużo przy­jem­no­ści. Mają we mnie fana.

Teraz chy­ba mój naj­bar­dziej zako­le­go­wa­ny zespół w tym gro­nie, czy­li Alfah Femmes z „Banned from Poland”. Wicie rozu­mi­cie, na świat tro­chę nie mają innej dro­gi niż bycie band from Poland, a tro­chę są ban­ned from Poland. W pew­nym sen­sie za dobrzy na to, żeby zro­bić tu karie­rę, bo te har­mo­nie takie dzi­kie, ryt­my jakieś pokrę­co­ne, aran­że jak dla aka­de­mi­ków muzycz­nych, brzmie­nia gitar jak z moich snów o świa­to­wej karie­rze arty­stycz­nej, no i te tek­sty po angiel­sku. Za mało pro­ste, za sprytne.

Czasem się jedzie takim wytar­tym szla­gwor­tem, że chcia­ło­by się to sły­szeć w pol­skim radiu. Nie, pol­skie radio jest skoń­czo­ne i przy­pusz­czam, że Alfah Femmes wzru­szy­li­by ramio­na­mi na dwie, trzy emi­sje tygo­dnio­wo. Są zespo­łem kla­sy świa­to­wej, świet­nie gra­ją na instru­men­tach i śpie­wa­ją, nie ma tu gra­nia na ali­bi, na odwal się, nie­do­cią­gnięć i sce­nicz­ne­go wdzię­cze­nia się, że o rety, a teraz będzie cisza, a kole­ga przez czte­ry minu­ty będzie zmie­niał gita­rę baso­wą, któ­rej i tak nie będzie sły­chać – z cze­go sły­ną reno­mo­wa­ne, wysy­ła­ne za gra­ni­cę pol­skie zespo­ły nie­za­leż­ne, bez poka­zy­wa­nia palcami.

Lubię kole­go­wać się z inte­li­gent­ny­mi i wraż­li­wy­mi ludź­mi i oni tacy są. Stąd dosta­łem pły­tę. Na wio­snę, na festi­wa­lu Sea You. Przepraszam za te ran­ty, ale Alfah Femmes mogli­by na wzór Trupy Trupa („Mourners” gitu­wa) czy NNHMN („Opera of Lust & The Art of Sorrow I” na pozio­mie) moc­no popra­co­wać nad obec­no­ścią w innych kra­jach. Są tego war­ci i dali­by radę. Łatwo zgu­bi­li­by naklej­kę „band from Poland”. A wie­cie, że ten album wyszedł też na NFC? W lin­ku wyżej jest.

Byłoby super przy­po­mnieć sobie teraz czwar­tą pły­tę tłu­czo­ną w maju do upa­dłe­go, ale to się może zda­rzyć chy­ba tyl­ko za pomo­cą szu­ka­nia cze­goś moc­no odmien­ne­go od powyż­szych. Na pew­no z Sea You przy­wio­złem też dwa winy­le – dosko­na­łe „The Cinnamon Show” Cinnamon Gum, któ­rych w cią­gu 2025 roku widzia­łem trzy razy i opi­sa­łem, oraz pły­tę Maćka Polaka „1977”, któ­ra mnie zachwy­ci­ła lek­ko­ścią, wszech­stron­no­ścią i rado­ścią two­rze­nia. No i klimatem.

Zapomniałbym. Mam w tym roku suk­ces pisar­ski! Dzięki zapro­sze­niu Coastline Northern Cuts napi­sa­łem pierw­sze w moim życiu liner notes, do pły­ty duetu Tenemik – czy­li wła­śnie Maćka Polaka i Piotra Yaca. Dubowo-tech­no­we, dro­no­wo-krau­to­we, ana­lo­go­we, ale dla mnie też jakoś pun­ko­we „Bemenet / Kimenet” zaję­ło spe­cjal­ne miej­sce w moim ser­cu. Mamy w Polsce wiel­kie szczę­ście, że tacy arty­ści chcą się z nami dzie­lić swo­ją pracą.

Tylko że Tenemik wyszedł pod koniec roku, mniej wię­cej rów­no ze świet­nym powro­tem Starej Rzeki „Wynoś się z moje­go domu”, ale nie wio­sną. Tak też sta­ło się z „Dżunglą”, pły­tą naj­lep­sze­go moim zda­niem zespo­łu w Polsce, w tym sen­sie, że Wczasy robią dokład­nie to, do cze­go słu­ży sztu­ka: do komu­ni­ka­cji, bycia razem, zwłasz­cza w trud­nych cza­sach, do sko­ków w prze­szłość i przy­szłość, do marze­nia i dzia­ła­nia tu i teraz. Oczywiście naj­le­piej to widać na kon­cer­tach, ale ten trze­ci album, gdy tyl­ko się wytło­czy – a z tym są opóź­nie­nia – na dłu­żej zago­ści na (w?) moim patefonie. 

W tym miej­scu pra­gnę wyra­zić sza­cu­nek dla Thin Man Records, Instant Classic i innych za to, że pro­wa­dzą wła­sne skle­py onli­ne. Warto przy­po­mnieć, że hołu­bio­ny przez pol­skich arty­stów i wytwór­nie Bandcamp, z któ­re­go też korzy­stam, kupu­jąc (i dosta­jąc!) pli­ki i nagra­nia, nale­ży do ame­ry­kań­skiej kor­po­ra­cji. A w Stanach róż­ne pra­wa – spójrz­cie na naukow­ców, imi­gran­tów i mniej­szo­ści – oka­zu­ją się nie­trwa­łe. Do tego jest wątek współ­pra­cy USA z Rosją, któ­ry dobrze opi­sał Nikolaienko, sygna­li­zu­jąc opusz­cze­nie Bandcampa z koń­cem 2025 roku. Marzę o euro­pej­skiej alter­na­ty­wie dla BC.

Wracając do płyt, na począt­ku roku był „Brudnopis” Bazgrołków, podob­nie „The Purple Bird” Bonniego „Prince’a” Billy’ego, któ­re­go stycz­nio­wy kon­cert w Pardon, To Tu był pierw­szą z dłu­giej serii roz­ko­szy, jakich dozna­łem w Alei Armii Ludowej, wej­ście od Braci Podoskich. Nie widzia­łem go wcze­śniej, nie wie­dzia­łem, że ma zwy­czaj śpie­wa­nia do kon­kret­nej oso­by, wyśpie­wał mi „Is My Living in Vain?” i zro­bi­ło mi. Czy to pio­sen­ka patron tego roku? Pies Patron mówi, że być może tak. A chy­ba o tej Maciek z Nagrobków powie­dział mi na ucho, że bar­dzo lubi:

WIEM! Czwartą pły­tą na tam­tej wio­sen­nej liście było „Szczęście” Potworów i Ludzi. Można brzmie­nie tej pły­ty wytrian­gu­lo­wać z poprzed­nich, bo ma tak ory­gi­nal­ne i swoj­skie tek­sty jak Asi Nawojskiej, a jed­no­cze­śnie jest w tym jakieś prze­drzeź­nia­nie punk roc­ka, to wykpi­wa­nie, to „obcho­dze­nie z pra­wej” eto­su życia bez pie­nię­dzy, nie zawsze chcia­ne­go doj­rze­wa­nia, któ­re sta­wia przed nami wyzwa­nia tro­chę trud­niej­sze niż poko­na­nie nasto­let­niej nudy. Muzyczne też prze­drzeź­nia­nie. Kto by nie chciał zno­wu miesz­kać na Jelonkach, jeź­dzić nie­ist­nie­ją­cym od daw­na 106, a co dopie­ro 506 panie, albo 407. Wszyscy byśmy chcie­li. Te pio­sen­ki od razu bie­rze się jak swo­je. Jesienią oka­za­ło się, że dobrze pasu­ją też do zgni­łe­go świata.

Niby nicze­go kon­kret­ne­go nie słu­cha­łem, ale mam jesz­cze co doło­żyć do pie­cy­ka. Z kon­cer­tów przy­wa­lił mnie duet Heinali i Andriana-Yaroslava Saienko wyko­nu­ją­cy „Hildegardę” przed kon­cer­tem Sunn O))). To był pięk­ny wie­czór, bo po ukra­iń­skim trzę­sie­niu zie­mi nic wię­cej już nie potrze­bo­wa­łem, tego dnia z tłocz­ni dotar­ła pły­ta i wzią­łem auto­gra­fy od arty­stów, a emo­cji było tyle, że zamiast iść na teo­re­tycz­ną gwiaz­dę wie­czo­ru, z ulgą spę­dzi­łem dłuż­szą roz­mo­wę z dwoj­giem świet­nych ludzi, świet­niej­szych od Andersona i O’Malleya sta­rych zna­jo­mych, pod­czas gdy czerw­co­we słoń­ce zacho­dzi­ło nad Wałem Miedzeszyńskim. Ten wie­czór chcę zapa­mię­tać. A „Hildegarda” kapi­tal­na pły­ta! Najlepsza z Unsoundu, któ­ry nie­źle się roz­krę­cił jako wydaw­ca, pusz­cza­jąc w tym roku tak­że nowe­go, pio­sen­ko­we­go Kurka, duet Nowacka/Birch oraz koope­ra­cję Kakuhan z Gołębiewskim (wyda­ną wspól­nie z Instant Classic), moc­no jak na mnie awan­gar­do­wą, ale obie­cu­ję jesz­cze sta­wić jej czoło.

Na mojej pry­wat­nej liście do zapa­mię­ta­nia są jesz­cze Roberci z „Księgą Robertów”, któ­rej pio­sen­ką klu­czem jest „30s”. Oznacza to w mojej inter­pre­ta­cji zarów­no 30 sekund na zmia­nę cze­goś w swo­im życiu, jak gło­si pio­sen­ka, jak i lata trzy­dzie­ste w życiu czło­wie­ka. A do tego, tutaj uwa­ga zagram kar­tą sta­ry czło­wiek może, cho­dzi w tej pio­sen­ce, w tej pły­cie i w Robertach o muzy­kę sprzed 30 lat, czy­li z lat pre­cy­zyj­nie dzie­więć­dzie­sią­tych. Kocham ten zespół. Szymanowskiego, Weissa, i tego trze­cie­go, pozwól­cie że spraw­dzę... Dychę. To są jak­by jesz­cze bar­dziej olew­cze Potwory i Ludzie, ale przez to weso­łe, mniej zacię­te na pol­skie realia. Chyba że w wideoklipach.

Tego też słu­cha­łem w kół­ko, a co mi, przy­znam się, jestem roc­ker­sem. Potrzebowałem takiej pły­ty moc­no. Sam sobie kupi­łem pierw­sze­go dnia, jak ogło­si­li, jak czę­sto czło­wiek robi takie rze­czy? Potrzebowałem, żeby mi brzmia­ło i śpie­wa­ło jak w Alfah Femmes, ale z takim sier­mięż­nym, sucha­ro­wym humo­rem. Trzeba umieć zry­mo­wać „za póź­no” z „na próż­no”, trze­ba umieć napi­sać „jestem sam, jestem taki sam, jestem taki sam, jak on” – to nie są pro­ste rze­czy, na pew­no nie dla „uzna­wa­nych za naj­lep­szych” pol­skich tek­ścia­rek i tekściarzy.

No, było tych płyt jesz­cze. Dobrym punk­tem odnie­sie­nia dla Robertów są Mlecze, któ­re naj­pierw usły­sza­łem na Next Feście, a potem była pły­ta „Maruda”. Pan Thorarensen w U Know Me – bar­dzo zaska­ku­ją­cy. Siódemka Dynasonic z Łukaszem Rychlickim. Dziewiąta część Digital Indigenous. Shiroishi i Kurek z Mondoj. Variete. Julka Ploskiego „Give Up Channel”, skarb. Słuchany ponie­wcza­sie oktet Marka Pospieszalskiego z Zoh Ambą z koń­ca zeszłe­go roku i też z Instant Classic bar­dzo dobre Hinode Tapes i Hirokim Chibą. Kilka nowych pio­se­nek Niebieskich i Kutmana. Hajda Banda podob­no faj­na, dosta­łem, ale jesz­cze nie słu­cha­łem. Powrót Holdena i Zimpla, powrót Mazutu. Płyta The Golding Institute, któ­rą wydał Michał, i na czter­na­stą nogę powrót Miru z „Moribundes”.

Obie „Chamber Music” Maćka Wirmańskiego i z innej, zwy­czaj­nej dla nie­go becz­ki „Kruki”. O, z tej dzie­dzi­ny to jesz­cze doro­bek Saamlenga trze­ba nad­ro­bić, a do listy dopi­sać spraw­dzo­ne już „Before the Silence” Mirta, któ­ry zawsze był dla mnie arty­stą total­nym, ze świet­ny­mi pomy­sła­mi, pod­bu­do­wą teo­re­tycz­ną, kimś, kto pra­cu­je z inten­cją, chcąc osią­gnąć jakiś cel, coś spraw­dzić – o to prze­cież w tym cho­dzi, ina­czej to czcza zaba­wa – a do tego bar­dzo sza­nu­ję go jako muzy­ka. Więcej by się zna­la­zło, spo­ro stoi na pół­ce nie­prze­słu­cha­ne, ale nie ma co cią­gnąć wyli­czan­ki w nie­skoń­czo­ność, co nie? Zwłaszcza że nie pamię­tam, czy ta epka JPEGMAFIA z Flume była w tym roku.

Przyjemnie i sen­sow­nie było wró­cić w tym roku do Kijowa i Lwowa, a jesz­cze zoba­czyć Drohobycz i spo­tkać tam świet­ne oso­by. Pan Leonid Golberg przy­jął mnie do zna­jo­mych! Będę kom­bi­no­wał nad kolej­ny­mi wizy­ta­mi. To chy­ba naj­wię­cej zmie­ni­ło w tym, co robię. We Lwowie Stas Shostak, twór­ca gier, któ­ry słu­ży pod Charkowem, zro­bił mi dwa pięk­ne por­tre­ty. Zobaczcie ten. To ja w 2025.

Portret, któ­ry we Lwowie zro­bił mi Stas Shostak, twór­ca gier i żoł­nierz ZSU

Powrót do podsumowania 30 grudnia 2025

Nasypało mnó­stwo śnie­gu. Już rano było roz­rzu­co­ne dużo soli, pies dwa razy cho­dził na trzech nogach, trud­ny widok, ale na szczę­ście łatwe inter­wen­cje, a teraz to już w ogó­le się poro­bi­ło. Mam nadzie­ję, że wie­czo­ra­mi nie sypią tej soli za wie­le, może mają wol­ne. Wciąż nawa­la, może się puści­my do parku.

Komentarze

Zostaw komentarz