Sezon na festiwale otwarty. Staw z trójmiejskimi artystami wciąż jest niewyczerpany, Sea You przynosi odkrycia i rozczarowania, a przede wszystkim wyrobiła już sobie publiczność i trzyma poziom.
Czwarta edycja festiwalu Sea You (kiedy przestanę liczyć lata w tył, żeby umieścić coś w czasie przed pandemią albo po niej) dla mnie była drugą. To nieoczywisty festiwal prezentujący w Gdańsku artystki i artystów związanych z Trójmiastem i regionem. Moim zdaniem niemały sens miałby jego „evil brother”, w ramach którego tutejsi twórcy mieliby okazję prezentować swoją twórczość w bardziej odległych miejscach, gdzie goszczą rzadziej lub wcale.
Mamy jednak takie, jakie jest, i bierzemy to. Festiwal broni się różnorodnością gatunków (w zeszłym roku przeważał młody jazz z hiphopowym i rockowym zacięciem) oraz epok, w których dane zespoły przebiły się do masowej świadomości. Nie ma chyba innego wyjścia w sytuacji, gdy organizatorzy sami przyznają, że dostają pytania: czy na pewno wystarczy wam zespołów z Trójmiasta na kolejne edycje? A może wyprzedzające uderzenie mające rozbroić ewentualne zarzuty. Na razie pomaga rotacja muzyków w nowych konfiguracjach oraz wspomniane wyżej dwa patenty. Dzięki temu młodzi i młode mają szansę na duży koncert już na początku swojej drogi. Z jeszcze innej strony – 8 godzin muzyki dziennie to bardzo dużo i pod koniec obu dni nie miałem już ani energii, ani miejsca w sobie na głębokie przeżycie bliskich mi dźwięków.

Oto w ciągu dwóch dni mieliśmy okazję obejrzeć w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim tak dawne zespoły, jak Oczi Cziorne (niespotykane dziś brzmienie z pogranicza, nie wierzę, że to piszę, nowej fali lat 80., poetyckiego śpiewania spod znaku Renaty Przemyk, dorosła odsłona dziewczyńskiej pop emancypacji) i Pink Freud (uduchowiony Wojtek Mazolewski postawił na prostą matematykę i koncertowy drajw, ale jak to fantastycznie brzmiało).
Do tego dzikiego zestawienia organizatorzy dołożyli Loco Star (Marsija to wybitna wokalistka i sceniczne zjawisko z zewnętrznych warstw atmosfery; Tomasz Ziętek starszy, weźmy to od Breughlów, jest mądrym, bardzo muzykalnym aranżerem) oraz Hatti Vatti, rozbudzony nowym albumem w zeszłym roku projekt (dziś już zespół) Piotra Kalińskiego, który miał mocne wejście na polską scenę już bliżej 15 niż 10 lat temu. I jeszcze Remont Pomp, czyste wspólnotowe doświadczenie muzyki z gościnnym udziałem Jacka Prościńskiego (chyba najczęściej obecnego na scenach artysty, który podobnie jak rok temu świętował urodziny w trakcie Sea You).
Z młodszego bieguna byli: Kieras, obyty już na polskiej scenie zawodnik z dość tradycyjnym podejściem do muzyki gitarowej, zeszłoroczny debiutant; soulowe Cinnamon Gum, które debiutowało dwa lata temu i którym za chwilę zajmę się szerzej; energiczny duet Zismann i Staniu w konwencji gitara, perkusja i twarz, z różnymi backtrackami (były one powszechnie obecne na festiwalu). Widziałem bardzo dużo koncertów i sporo mi się podobało.
*
Przede wszystkim duże wrażenie zrobił na mnie występ zespołu Cinnamon Gum. Było to wręcz widowisko: „The Cinnamon Show”, jak głosił wielki napis, który zjechał nad scenę. (Na marginesie, trzeba umieć wykorzystać to, że gra się na głębokiej scenie teatru i ma do dyspozycji różne jej mechanizmy). Lider zespołu Maciej Milewski napisał i dopracował repertuar wprost nawiązujący do wyczynów artystów spod znaku amerykańskich wytwórni Motown (z Detroit) i Stax (z Memphis), których złote czasy – przynajmniej w mojej opinii – przypadły w latach 60. i na początku 70.
Bardzo lubię ten czas i miejsce (zwłaszcza Detroit) w muzyce. Soul z popowym szytem, jazz, doo-wop, czasy emancypacji Czarnych, spółka autorska Holland-Dozier-Holland, słynny zespół Funk Brothers, piosenki przedmieść i bloków, zamieszki roku ‘67 i rok późniejsze po zabójstwie Martina Luthera Kinga, „czarny Woodstock” i „Shaft” z muzyką Isaaca Hayesa. Kilka razy pisałem o tym w cyklu o piosenkach w „Wyborczej”.
Sięganie po dobrze ugruntowane patenty muzyczne kojarzące się z konkretnym, zupełnie innym miejscem i czasem ma długie tradycje, ale też niesie stale te same ryzyka. Łatwo wpaść w koleinę mało twórczego odtwarzania dawnego wzoru, „perfekcja to nie wyczyn”, jak rapowała Ortega Cartel (przy okazji, dla zainteresowanych: „Lavorama” po latach wreszcie znalazła się w serwisach streamingowych), a czarna muzyka białym często wychodzi kwadratowo.
Słuchałem na bieżąco zeszłorocznej płyty Cinnamon Gum, zachwycałem się, bo również dla mnie Curtis Mayfield i Marvin Gaye są niepoślednimi bóstwami, i nie do końca wierzyłem, że natura tak stworzyła Cinnamon Gum. Podejrzewałem, że to podkręcone w komputerach, wypastowane na wtyczkach, że to nie analog, ogólnie – szukałem dziury w całym. Myślenie typowe, przyznaję, dla lat 20., z rządami filtrów na instagramie, czatbotów, z trójpalczastymi postaciami stworzonymi przez SI oraz imitacjami za jedną czwartą ceny. Było odwrotnie, płyta została nagrana i wyprodukowana zgodnie z „ówczesnymi metodami”.
Na szczęście miałem okazję sprawdzić Cinnamon Gum na żywo. Pierwszego dnia Sea You Festivalu na koncercie tego siedmioosobowego składu publiczność bawiła się najlepiej. Widziałem na scenie żywą pasję, zbawienny luz, artystów szczęśliwych z grania i pokazywania swojej muzyki, no i promieniejącego Milewskiego (swoją drogą, dawniej tworzył zupełnie inny, melancholijny projekt MajLo). Mi też było tam dobrze, poczułem ulgę i, co rzadko mi się zdarza, znalazłem ucieczkę od codziennych zmartwień w piosenkach.
Zespół przypominał dobrze naoliwioną maszynę i zacząłem mieć skojarzenia z książką i filmem „The Commitments”, nie wiem czy pamiętacie, to była historia o tym, jak dublińczycy ze środowisk robociarskich zakładają zespół. Boję się wrócić do lektury i oglądania, może robią robotę tylko wtedy, gdy jest się młodym. Tak czy siak soul to muzyka dla wszystkich i niejednorodna, akurat Cinnamon Gum miał przechył w stronę balladową, walczykową, ale z czuciem uzupełniał repertuar bardziej ognistymi, tanecznymi numerami. Byłem od początku, zostałem do końca, a na showcase’ach jak ten to nie jest regułą. Album kupiony, odsłuch udostępniony.
Tu pierwszy, doskonały klip Cinnamon Gum, po którym ta nazwa i muzyka już mnie nie opuściły:
Mógłbym jeszcze wiele napisać o Sea You, mam jakieś tezy o Loveworms, Dobrawie Czocher, Sarsie (niespodziewana dla mnie uczestniczka festiwalu i set, podczas którego diametralnie zmieniłem podejście do tego pomysłu i grania – plus za teksty). Żałuję, że zdążyłem tylko na ostatnie minuty nowego zespołu Bora – Ivo Shandor and the Gozer Worshipers) – który wystąpił bez saksofonu i z tego, co podsłuchałem i słyszałem od ludzi, pozamiatał. Na festiwalu jednak nie można mieć wszystkiego i w podsumowaniu też nie można mieć wszystkiego, trzeba pamiętać o tym, żeby napić się wody, odpocząć i mieć z tego też doładowanie baterii, a nie tylko mnóstwo słów do powiedzenia. Zakończę więc na tym, że najsilniej pograł z moją pamięcią i tożsamością koncert Loco Star, gdy okazało się, że nie tylko brzmienia i barwa wokalu, ale też kolejne akordy i wersy tekstów zjawiają się w mojej głowie jakby z niczego. Podłączyłem się do jakiegoś dawnego czasu, w którym i ja, i muzyka, i nasza więź były jakieś inne. Tutaj to zostawmy i do zobaczenia na koncertach.
PS fotografia autorstwa ekipy festiwalowej

Zostaw komentarz