Sea You Festival 2025. Wspomnienia z kosmosu i soul, jakiego nie mieliśmy

Sezon na festi­wa­le otwar­ty. Staw z trój­miej­ski­mi arty­sta­mi wciąż jest nie­wy­czer­pa­ny, Sea You przy­no­si odkry­cia i roz­cza­ro­wa­nia, a przede wszyst­kim wyro­bi­ła już sobie publicz­ność i trzy­ma poziom. 

Czwarta edy­cja festi­wa­lu Sea You (kie­dy prze­sta­nę liczyć lata w tył, żeby umie­ścić coś w cza­sie przed pan­de­mią albo po niej) dla mnie była dru­gą. To nie­oczy­wi­sty festi­wal pre­zen­tu­ją­cy w Gdańsku artyst­ki i arty­stów zwią­za­nych z Trójmiastem i regio­nem. Moim zda­niem nie­ma­ły sens miał­by jego „evil bro­ther”, w ramach któ­re­go tutej­si twór­cy mie­li­by oka­zję pre­zen­to­wać swo­ją twór­czość w bar­dziej odle­głych miej­scach, gdzie gosz­czą rza­dziej lub wcale.

Mamy jed­nak takie, jakie jest, i bie­rze­my to. Festiwal bro­ni się róż­no­rod­no­ścią gatun­ków (w zeszłym roku prze­wa­żał mło­dy jazz z hipho­po­wym i roc­ko­wym zacię­ciem) oraz epok, w któ­rych dane zespo­ły prze­bi­ły się do maso­wej świa­do­mo­ści. Nie ma chy­ba inne­go wyj­ścia w sytu­acji, gdy orga­ni­za­to­rzy sami przy­zna­ją, że dosta­ją pyta­nia: czy na pew­no wystar­czy wam zespo­łów z Trójmiasta na kolej­ne edy­cje? A może wyprze­dza­ją­ce ude­rze­nie mają­ce roz­bro­ić ewen­tu­al­ne zarzu­ty. Na razie poma­ga rota­cja muzy­ków w nowych kon­fi­gu­ra­cjach oraz wspo­mnia­ne wyżej dwa paten­ty. Dzięki temu mło­dzi i mło­de mają szan­sę na duży kon­cert już na począt­ku swo­jej dro­gi. Z jesz­cze innej stro­ny – 8 godzin muzy­ki dzien­nie to bar­dzo dużo i pod koniec obu dni nie mia­łem już ani ener­gii, ani miej­sca w sobie na głę­bo­kie prze­ży­cie bli­skich mi dźwięków.

Nieodłączny rewers sytu­acji kon­cer­to­wej: deba­tu­je­my na tere­nie. Fot. Karol Kacperski / mate­ria­ły festiwalu

Oto w cią­gu dwóch dni mie­li­śmy oka­zję obej­rzeć w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim tak daw­ne zespo­ły, jak Oczi Cziorne (nie­spo­ty­ka­ne dziś brzmie­nie z pogra­ni­cza, nie wie­rzę, że to piszę, nowej fali lat 80., poetyc­kie­go śpie­wa­nia spod zna­ku Renaty Przemyk, doro­sła odsło­na dziew­czyń­skiej pop eman­cy­pa­cji) i Pink Freud (udu­cho­wio­ny Wojtek Mazolewski posta­wił na pro­stą mate­ma­ty­kę i kon­cer­to­wy drajw, ale jak to fan­ta­stycz­nie brzmiało). 

Do tego dzi­kie­go zesta­wie­nia orga­ni­za­to­rzy doło­ży­li Loco Star (Marsija to wybit­na woka­list­ka i sce­nicz­ne zja­wi­sko z zewnętrz­nych warstw atmos­fe­ry; Tomasz Ziętek star­szy, weź­my to od Breughlów, jest mądrym, bar­dzo muzy­kal­nym aran­że­rem) oraz Hatti Vatti, roz­bu­dzo­ny nowym albu­mem w zeszłym roku pro­jekt (dziś już zespół) Piotra Kalińskiego, któ­ry miał moc­ne wej­ście na pol­ską sce­nę już bli­żej 15 niż 10 lat temu. I jesz­cze Remont Pomp, czy­ste wspól­no­to­we doświad­cze­nie muzy­ki z gościn­nym udzia­łem Jacka Prościńskiego (chy­ba naj­czę­ściej obec­ne­go na sce­nach arty­sty, któ­ry podob­nie jak rok temu świę­to­wał uro­dzi­ny w trak­cie Sea You).

Z młod­sze­go bie­gu­na byli: Kieras, oby­ty już na pol­skiej sce­nie zawod­nik z dość tra­dy­cyj­nym podej­ściem do muzy­ki gita­ro­wej, zeszło­rocz­ny debiu­tant; soulo­we Cinnamon Gum, któ­re debiu­to­wa­ło dwa lata temu i któ­rym za chwi­lę zaj­mę się sze­rzej; ener­gicz­ny duet Zismann i Staniu w kon­wen­cji gita­ra, per­ku­sja i twarz, z róż­ny­mi back­trac­ka­mi (były one powszech­nie obec­ne na festi­wa­lu). Widziałem bar­dzo dużo kon­cer­tów i spo­ro mi się podobało.

*

Przede wszyst­kim duże wra­że­nie zro­bił na mnie występ zespo­łu Cinnamon Gum. Było to wręcz wido­wi­sko: „The Cinnamon Show”, jak gło­sił wiel­ki napis, któ­ry zje­chał nad sce­nę. (Na mar­gi­ne­sie, trze­ba umieć wyko­rzy­stać to, że gra się na głę­bo­kiej sce­nie teatru i ma do dys­po­zy­cji róż­ne jej mecha­ni­zmy). Lider zespo­łu Maciej Milewski napi­sał i dopra­co­wał reper­tu­ar wprost nawią­zu­ją­cy do wyczy­nów arty­stów spod zna­ku ame­ry­kań­skich wytwór­ni Motown (z Detroit) i Stax (z Memphis), któ­rych zło­te cza­sy – przy­naj­mniej w mojej opi­nii – przy­pa­dły w latach 60. i na począt­ku 70.

Bardzo lubię ten czas i miej­sce (zwłasz­cza Detroit) w muzy­ce. Soul z popo­wym szy­tem, jazz, doo-wop, cza­sy eman­cy­pa­cji Czarnych, spół­ka autor­ska Holland-Dozier-Holland, słyn­ny zespół Funk Brothers, pio­sen­ki przed­mieść i blo­ków, zamiesz­ki roku ‘67 i rok póź­niej­sze po zabój­stwie Martina Luthera Kinga, „czar­ny Woodstock” i „Shaft” z muzy­ką Isaaca Hayesa. Kilka razy pisa­łem o tym w cyklu o pio­sen­kach w „Wyborczej”.

Sięganie po dobrze ugrun­to­wa­ne paten­ty muzycz­ne koja­rzą­ce się z kon­kret­nym, zupeł­nie innym miej­scem i cza­sem ma dłu­gie tra­dy­cje, ale też nie­sie sta­le te same ryzy­ka. Łatwo wpaść w kole­inę mało twór­cze­go odtwa­rza­nia daw­ne­go wzo­ru, „per­fek­cja to nie wyczyn”, jak rapo­wa­ła Ortega Cartel (przy oka­zji, dla zain­te­re­so­wa­nych: „Lavorama” po latach wresz­cie zna­la­zła się w ser­wi­sach stre­amin­go­wych), a czar­na muzy­ka bia­łym czę­sto wycho­dzi kwadratowo.

Słuchałem na bie­żą­co zeszło­rocz­nej pły­ty Cinnamon Gum, zachwy­ca­łem się, bo rów­nież dla mnie Curtis Mayfield i Marvin Gaye są nie­po­śled­ni­mi bóstwa­mi, i nie do koń­ca wie­rzy­łem, że natu­ra tak stwo­rzy­ła Cinnamon Gum. Podejrzewałem, że to pod­krę­co­ne w kom­pu­te­rach, wypa­sto­wa­ne na wtycz­kach, że to nie ana­log, ogól­nie – szu­ka­łem dziu­ry w całym. Myślenie typo­we, przy­zna­ję, dla lat 20., z rzą­da­mi fil­trów na insta­gra­mie, czat­bo­tów, z trój­pal­cza­sty­mi posta­cia­mi stwo­rzo­ny­mi przez SI oraz imi­ta­cja­mi za jed­ną czwar­tą ceny. Było odwrot­nie, pły­ta zosta­ła nagra­na i wypro­du­ko­wa­na zgod­nie z „ówcze­sny­mi metodami”.

Na szczę­ście mia­łem oka­zję spraw­dzić Cinnamon Gum na żywo. Pierwszego dnia Sea You Festivalu na kon­cer­cie tego sied­mio­oso­bo­we­go skła­du publicz­ność bawi­ła się naj­le­piej. Widziałem na sce­nie żywą pasję, zba­wien­ny luz, arty­stów szczę­śli­wych z gra­nia i poka­zy­wa­nia swo­jej muzy­ki, no i pro­mie­nie­ją­ce­go Milewskiego (swo­ją dro­gą, daw­niej two­rzył zupeł­nie inny, melan­cho­lij­ny pro­jekt MajLo). Mi też było tam dobrze, poczu­łem ulgę i, co rzad­ko mi się zda­rza, zna­la­złem uciecz­kę od codzien­nych zmar­twień w piosenkach.

Zespół przy­po­mi­nał dobrze naoli­wio­ną maszy­nę i zaczą­łem mieć sko­ja­rze­nia z książ­ką i fil­mem „The Commitments”, nie wiem czy pamię­ta­cie, to była histo­ria o tym, jak dubliń­czy­cy ze śro­do­wisk robo­ciar­skich zakła­da­ją zespół. Boję się wró­cić do lek­tu­ry i oglą­da­nia, może robią robo­tę tyl­ko wte­dy, gdy jest się mło­dym. Tak czy siak soul to muzy­ka dla wszyst­kich i nie­jed­no­rod­na, aku­rat Cinnamon Gum miał prze­chył w stro­nę bal­la­do­wą, wal­czy­ko­wą, ale z czu­ciem uzu­peł­niał reper­tu­ar bar­dziej ogni­sty­mi, tanecz­ny­mi nume­ra­mi. Byłem od począt­ku, zosta­łem do koń­ca, a na showcase’ach jak ten to nie jest regu­łą. Album kupio­ny, odsłuch udostępniony.

Tu pierw­szy, dosko­na­ły klip Cinnamon Gum, po któ­rym ta nazwa i muzy­ka już mnie nie opuściły:

Mógłbym jesz­cze wie­le napi­sać o Sea You, mam jakieś tezy o Loveworms, Dobrawie Czocher, Sarsie (nie­spo­dzie­wa­na dla mnie uczest­nicz­ka festi­wa­lu i set, pod­czas któ­re­go dia­me­tral­nie zmie­ni­łem podej­ście do tego pomy­słu i gra­nia – plus za tek­sty). Żałuję, że zdą­ży­łem tyl­ko na ostat­nie minu­ty nowe­go zespo­łu Bora – Ivo Shandor and the Gozer Worshipers) – któ­ry wystą­pił bez sak­so­fo­nu i z tego, co pod­słu­cha­łem i sły­sza­łem od ludzi, poza­mia­tał. Na festi­wa­lu jed­nak nie moż­na mieć wszyst­kie­go i w pod­su­mo­wa­niu też nie moż­na mieć wszyst­kie­go, trze­ba pamię­tać o tym, żeby napić się wody, odpo­cząć i mieć z tego też doła­do­wa­nie bate­rii, a nie tyl­ko mnó­stwo słów do powie­dze­nia. Zakończę więc na tym, że naj­sil­niej pograł z moją pamię­cią i toż­sa­mo­ścią kon­cert Loco Star, gdy oka­za­ło się, że nie tyl­ko brzmie­nia i bar­wa woka­lu, ale też kolej­ne akor­dy i wer­sy tek­stów zja­wia­ją się w mojej gło­wie jak­by z nicze­go. Podłączyłem się do jakie­goś daw­ne­go cza­su, w któ­rym i ja, i muzy­ka, i nasza więź były jakieś inne. Tutaj to zostaw­my i do zoba­cze­nia na koncertach.

PS foto­gra­fia autor­stwa eki­py festiwalowej

Komentarze

Zostaw komentarz