Śpiew syren. W głąb wojennej Ukrainy” – solidna relacja z zewnątrz

Jeśli macie ocho­tę docią­żyć się wie­dzą na temat woj­ny rosyj­sko-ukra­iń­skiej, posłu­chać gło­sów stam­tąd, pole­cam gru­by tom autor­stwa sło­wac­kie­go repor­te­ra Tomáša Forró.

Śpiew syren. W głąb wojen­nej Ukrainy” onie­śmie­la obję­to­ścią, ale nie tyl­ko. Samo przej­rze­nie w kin­dlu nota­tek, któ­re zro­bi­łem w tek­ście, zja­da kil­ka godzin. Z jed­nej stro­ny trud­no się ode­rwać od czy­ta­nia. Z dru­giej – trze­ba mieć dużą pojem­ność emo­cjo­nal­ną, żeby prze­czy­tać tę książ­kę bez dłuż­szych przerw. Jest bez­li­to­sna. Dobrze udo­ku­men­to­wa­na, nie ma pre­ten­sji do bycia osta­tecz­ną wer­sją opo­wie­ści o woj­nie, bo też w okre­śle­niu „w głąb” cho­dzi o proces.

Słowacki repor­ter Tomáš Forró opo­wieść zaczy­na nocą 24 lute­go 2022 roku, koń­czy mniej wię­cej dwa lata póź­niej, gdy książ­ka ma już ponad 650 stron. Rozmawia z kobie­ta­mi ucie­ka­ją­cy­mi z dzieć­mi za gra­ni­cę w pierw­szych dniach peł­no­wy­mia­ro­wej inwa­zji, z psy­cho­loż­ka­mi, wolon­ta­riu­sza­mi, boha­te­ra­mi ewa­ku­ują­cy­mi ludzi spod oku­pa­cji. Wreszcie z ofi­ce­ra­mi i żoł­nie­rza­mi: od tych, któ­rzy bro­ni­li lot­ni­ska w Hostomelu 24 lute­go, po tych, któ­rzy wal­czą do dziś. Nie wszy­scy z nich przeżyją.

W tym lasku, w cza­sie babie­go lata, wśród chłop­ców i męż­czyzn żyją­cych w leśnych norach dotar­ła do mnie gorz­ka praw­da. Na zachód od Ukrainy, w poko­jo­wej czę­ści Europy, już chy­ba nikt nie potra­fi tak żyć ani walczyć”

Wśród roz­mów­ców auto­ra są bez­ro­bot­ni, chu­li­ga­ni, ubo­dzy, alko­ho­li­cy, ren­ci­ści. Część z nich musia­ła opu­ścić domy na tere­nach tym­cza­so­wo oku­po­wa­nych, inni prze­trwa­li oku­pa­cję albo zosta­li bli­sko fron­tu, bo nie mie­li dokąd pójść. Dzięki takie­mu dobo­ro­wi boha­te­rek i boha­te­rów otrzy­mu­je­my książ­kę nie o woj­nie, ale o spo­łe­czeń­stwie pod­da­nym wojen­nej pre­sji. Śledząc tyl­ko bie­żą­ce infor­ma­cje w tele­wi­zji czy głów­nych por­ta­lach, trud­no dostrzec ten wymiar woj­ny. Łatwo pozo­stać na pozio­mie ste­reo­ty­pów lub wła­snych wyobra­żeń. Żeby zro­zu­mieć sytu­ację, trze­ba zejść głę­biej, tak jak zro­bił to Forró. Nie inte­re­su­je go ani pro­ro­syj­ska, ani pro­ukra­iń­ska pro­pa­gan­da, ale ma do czy­nie­nia z ludź­mi, któ­rzy zna­leź­li się w polu jej oddzia­ły­wa­nia. Niektórzy byli mu bli­scy już daw­no, innych spo­ty­ka po raz pierw­szy w ogar­nię­tym woj­ną kra­ju. Lubi opo­wia­dać poprzez spotkania.

Reporter wie­lo­krot­nie jeź­dzi do miast takich jak Bachmut, Izium, Chersoń, widzi kolej­ne znisz­cze­nia, kolej­ne stra­ty. Dowiaduje się, jak wyglą­da­ła oku­pa­cja elek­trow­ni w Czarnobylu i opór prze­ciw naci­skom Rosjan. Jak – co dzi­siaj szcze­gól­nie aktu­al­ne – urzęd­ni­cy budu­ją bez­pie­czeń­stwo ener­ge­tycz­ne kra­ju i jak pra­cow­ni­cy ener­ge­ty­ki na bie­żą­co, pod ostrza­łem, napra­wia­ją sieć. Pod lupę bie­rze dzia­ła­nia wolon­ta­riu­szy, z któ­rych część poma­ga głów­nie po to, by w zamian dostać szew­ro­ny (naszyw­ki) kon­kret­nych oddzia­łów albo zyskać mię­dzy­na­ro­do­wą sła­wę. Opisuje kra­dzie­że pomo­cy huma­ni­tar­nej, któ­rych doko­nu­ją urzęd­ni­cy i poje­dyn­czy żoł­nie­rze na poste­run­kach, czy... gubie­nie pomo­cy w zapo­mnia­nych maga­zy­nach. Opisuje skan­da­licz­ne nie­przy­go­to­wa­nie do obro­ny Charkowa i Kijowa czy zakra­wa­ją­ce na zbrod­nię uła­twie­nie mar­szu Rosjan z Krymu w stro­nę Chersonia w pierw­szych godzi­nach napaści.

Obraz woj­ny, któ­ry pro­po­nu­je Forró, jest pano­ra­micz­ny w dwój­na­sób. Z jed­nej stro­ny repor­ter nocu­je w opusz­czo­nych hote­lach, zruj­no­wa­nych miesz­ka­niach, pra­cu­je w oko­pach, na wyso­kich pię­trach wypa­lo­nych budyn­ków i w piw­ni­cach. Jeździ busa­mi, pika­pa­mi, nawet trans­por­te­rem opan­ce­rzo­nym. Dostaje się pod ostrzał. Z dru­giej stro­ny oglą­da­my wyda­rze­nia z połu­dnia, pół­no­cy i wscho­du Ukrainy, z odle­gło­ści kil­ku­set metrów od rosyj­skich pozy­cji w Donbasie. O tym regio­nie, któ­re­go część jest oku­po­wa­na od 2014 roku, autor napi­sał przed dużą woj­ną książ­kę „Apartament w hote­lu Wojna”.

Perspektywa auto­ra „Śpiewu syren” nie ogra­ni­cza się do refe­ro­wa­nia wyda­rzeń. Reporter już w lutym sta­je się wolon­ta­riu­szem, pra­cu­je na gra­ni­cy mię­dzy Ukrainą i Słowacją, opo­wia­da te pierw­sze dni zarów­no z per­spek­ty­wy przyj­mu­ją­cych, jak i przyj­mo­wa­nych. Szybko też rusza do pra­cy w zaata­ko­wa­nym kra­ju – a przy oka­zji wie­zie pomoc, żyw­ność, środ­ki pierw­szej potrze­by, wresz­cie zaczy­na poma­gać żołnierzom. 

Moi kole­dzy mają podob­ne doświad­cze­nia. Poza rela­cja­mi z kon­flik­tu dla mediów orga­ni­zu­je­my też zbiór­ki huma­ni­tar­ne czy ewa­ku­uje­my ludzi z zagro­żo­nych tere­nów – czy­li zaj­mu­je­my się tym wszyst­kim, czym bez­stron­ny dzien­ni­karz nie powi­nien się zajmować”

To reme­dium na „całą tę bez­na­dzie­ję i okru­cień­stwa” woj­ny, któ­re musi rela­cjo­no­wać jako dzien­ni­karz. „Pomoc ludziom nato­miast daje temu wszyst­kie­mu jakiś więk­szy sens i wypeł­nia nadzie­ją, że ze złem moż­na wal­czyć tak­że w ten spo­sób – czy­niąc dobro”. Słowak docie­ra mię­dzy inny­mi do Ołeksandriwki pod Chersoniem, oto­czo­nej pola­mi mino­wy­mi wio­ski, któ­ra wie­lo­krot­nie prze­cho­dzi­ła z rąk do rąk, co kosz­to­wa­ło życie 800 ukra­iń­skich żoł­nie­rzy i nie­okre­ślo­nej licz­by wrogów. 

Forró wysy­ła woj­sko­wym buty, mun­du­ry, pod­sy­ła stro­ny skle­pów, by mogli wybrać dla sie­bie odpo­wied­ni sprzęt. Któregoś razu dowia­du­je się, że to nie ma sen­su, bo wysła­na pomoc lądu­je czę­sto nie w oddzia­łach, ale w ukra­iń­skich super­mar­ke­tach, gdzie jak­by nigdy nic jest sprzedawana.

Korupcja, dezer­cje, nie­przy­go­to­wa­nie władz Ukrainy i gene­ra­łów do inwa­zji, wro­gi sto­su­nek miesz­kań­ców miast na wscho­dzie do ukra­iń­skich żoł­nie­rzy – o tym wszyst­kim Forró pisze wprost, na pod­sta­wie swo­ich źró­deł. Podobnie jak o dzia­ła­niach uzbro­jo­nych cywi­lów na począt­ku inwa­zji, gdy „patrol oby­wa­tel­ski” potra­fił wycią­gnąć z samo­cho­du i zastrze­lić nie­win­ne­go czło­wie­ka, uzna­ne­go za dywer­san­ta. Albo o medial­nej z począt­ku funk­cji Legionu Międzynarodowego. Zdecydowanie nie nale­ży do tych, któ­rzy uda­wa­li­by, że pro­ble­my nie ist­nie­ją. Rusza nawet temat giną­cej zachod­niej broni.

Między wier­sza­mi dosta­je­my krót­ki kurs histo­rii nie­pod­le­głej Ukrainy, z warian­ta­mi jej roz­wo­ju gospo­dar­cze­go i poli­tycz­ne­go. Forró rela­cjo­nu­je wol­ty doko­ny­wa­ne przez post­so­wiec­kich oli­gar­chów, ich wymu­szo­ną przez Rosję pro­eu­ro­pej­skość, kupo­wa­nie par­tii i mediów. Kto pamię­ta, że Paul Manafort, zanim w 2016 został łącz­ni­kiem Trumpa z rosyj­ski­mi służ­ba­mi, był dorad­cą Wiktora Janukowycza? Wreszcie wie­lo­stron­nie oma­wia kwe­stię języ­ko­wą, kwi­tu­jąc: „Widziałem zbyt wie­lu ukra­iń­skich patrio­tów, któ­rzy umie­ra­li, woła­jąc swo­je mat­ki po rosyj­sku”. To naj­lep­sza odpo­wiedź na typo­wy zarzut lwow­skich tyło­wych patrio­tów wobec uchodź­ców (w tym rodzin żoł­nie­rzy) ze wscho­du kraju.

Jedyne moje zastrze­że­nie wobec tej książ­ki doty­czy pew­nej nie­dba­ło­ści w tłu­ma­cze­niu i redak­cji, wyni­ka­ją­cej zapew­ne z pośpie­chu w pra­cy. „Posttraumatyczny stres” to prze­cież stres poura­zo­wy, „od wte­dy” to „od tam­tej pory”, dziw­ne „trak­to­wa­nie kogoś agre­syw­nie” to po pro­stu bru­tal­ne trak­to­wa­nie, a w „oble­ga­niu Mariupola” cho­dzi o oblę­że­nie tego mia­sta. Jestem też prze­ko­na­ny, że dro­ga (powietrz­na) z Czarnobyla nad Zbiornik Kijowski wie­dzie nie na połu­dnio­wy zachód, ale na połu­dnio­wy wschód. Ogółem jed­nak ten głę­bo­ki, oso­bi­sty repor­taż, któ­re­go autor nie pomi­ja wąt­pli­wo­ści i second tho­ughts, zasłu­gu­je na naj­wyż­sze oce­ny, rów­nież za przekład.

Nie czy­ta­łem wcze­śniej­szej książ­ki Słowaka „Apartament w hote­lu Wojna. Reportaż z Donbasu” (wyd. Czarne 2021, prze­ło­żył Andrzej S. Jagodziński). Z tek­stu „Śpiewu syren” wyni­ka, że wte­dy, w cza­sach oku­pa­cji „tyl­ko” Krymu i czę­ści Donbasu, w latach 2016–2019 Forró spę­dził po stro­nie opa­no­wa­nej przez sepa­ra­ty­stów rów­nie wie­le cza­su co po ukra­iń­skiej. Mało kto z Zachodu miał tę moż­li­wość. Trzeba będzie zain­te­re­so­wać się i star­szym repor­ta­żem Forró.

A jeśli ktoś chce wie­dzieć, czym ukra­iń­ski nacjo­na­lizm róż­ni się od pol­skie­go rozu­mie­nia tego ter­mi­nu – co wyda­je mi się jasne, ale nie sądzę, bym potra­fił to ubrać w sło­wa – to infor­ma­cję na ten temat znaj­dzie rów­nież w „Śpiewie syren”. 

Tomáš Forró, „Śpiew syren. W głąb wojen­nej Ukrainy”, przeł. Andrzej S. Jagodziński, wyd. Czarne, 2025

PS pole­cam roz­mo­wę Agaty Kasprolewicz z Forró

Komentarze

Zostaw komentarz