Szczęście w czarnym lusterku – o filmie „Chopin, Chopin”

Wszyscy jeste­śmy arty­sta­mi. Nie ma popu­lar­niej­szych osób na świe­cie niż twór­czy­nie i twór­cy inter­ne­to­wi. Znane poli­tycz­ki, kucha­rze i tan­ce­rze są dale­ko w tyle. To o nas zatem jest Chopin, Chopin!, więc się tu rozejrzyjmy.

W czwar­tek zaczy­na się Konkurs Chopinowski, to się dzie­je raz na pięć lat, a do tego w 2027 upły­nie sto lat od pierw­szej edy­cji tej impre­zy. Czekam z nie­cier­pli­wo­ścią, bo nie­wie­le bar­dziej uda­nych pro­duk­tów wypu­ści­ła i przez lata dopie­ści­ła Rzeczpospolita. Przepraszam, stwo­rzy­ła, Polska wszak też jest artyst­ką. Tak czy ina­czej kon­kurs daje asumpt do tego, by jesz­cze raz zająć się tytu­ło­wym boha­te­rem – Fryderykiem. Tenże asumpt wyko­rzy­sta­li twór­cy fil­mu Chopin, Chopin!, któ­re­go pre­mie­rę zapla­no­wa­no na 10 paź­dzier­ni­ka, tydzień po star­cie konkursu.

Nie nale­żę do sze­ro­kie­go w naszym kra­ju gro­na fil­mo­znaw­ców, więc posta­ram się nie silić na uwa­gi na temat reży­se­rii, sce­na­riu­sza, obsa­dy, kostiu­mów, sce­no­gra­fii, oświe­tle­nia i innych aspek­tów sztu­ki fil­mo­wej. Na pew­no są one sze­ro­ko dys­ku­to­wa­ne. Podszedłem do fil­mu bez uprze­dzeń, nie sta­wia­łem mu wyma­gań. W ramach recen­zji mogę napi­sać, że nie zasną­łem, a mimo to nie wiem, dla­cze­go Karolina Gruszka poka­za­ła się na począt­ku tyl­ko po to, by wró­cić dopie­ro w koń­co­wych sce­nach. Ten tekst posłu­ży mi nato­miast do napi­sa­nia o tym, co przy­szło mi do gło­wy po sean­sie. Może ma to coś wspól­ne­go z tym, co twór­cy sta­ra­li się mi powiedzieć.

W sze­ro­kim świe­cie na hasło Polska pada­ją trzy, może czte­ry nazwi­ska: Wojtyła, Wałęsa, Lewandowski i Chopin (policz­cie fil­my i spek­ta­kle o nich). We Francji trzy, bo Chopina uwa­ża­ją tam za swo­ja­ka, podob­nie jak więk­szość arty­stów imi­gran­tów, któ­rzy osią­gnę­li suk­ces nad Sekwaną. Taka to nie­zbyt ład­na tra­dy­cja. Twórcy Chopin, Chopin! (reży­se­ro­wał Michał Kwieciński, napi­sał Bartosz Janiszewski) piją do niej w sce­nie przy­zna­nia oby­wa­tel­stwa głów­ne­mu boha­te­ro­wi. Może jesz­cze w daniu roli zna­nej pol­skiej pary­żan­ki Gruszce, kie­dyś fil­mo­wej Skłodowskiej-Curie.

Tytuł pro­duk­cji bie­rze się z cho­dzą­ce­go za Chopinem zawo­ła­nia, okrzy­ku na widok jego oso­by zmie­rza­ją­cej na kon­cert, do domu czy na luk­su­so­we zaku­py. Okrzyk ów jest ega­li­tar­ny, wyda­ją go z sie­bie ary­sto­krat­ki, magna­ci, han­dlar­ki i woza­cy. Już w tytu­le twór­cy dają więc sygnał, że nie­dru­go­rzęd­nym tema­tem fil­mu będzie roz­dź­więk mię­dzy czło­wie­kiem a arty­stą, mię­dzy pry­wat­ną oso­bą a jej publicz­nym wize­run­kiem. Temat sta­ry jak świat i aktu­al­ny w epo­ce mediów spo­łecz­no­ścio­wych, napę­dza­nych reak­cja­mi fanów i wro­gów na cokol­wiek, co uczy­nią arty­ści posto­wa­nia. Emocje rzą­dzą dziś posta­wa­mi nie tyl­ko wobec sztuki.

Mam w Paryżu dwa tysią­ce przy­ja­ciół – odpie­ra fil­mo­wy Fryderyk (gra go ujmu­ją­co Eryk Kulm) zarzut mat­ki, że nie ma niko­go bli­skie­go. Trudno bar­dziej na odlew zazna­czyć, że kostiu­mo­wa histo­ria ma powie­dzieć mło­dym odbior­czy­niom i odbior­com coś o świe­cie, w któ­rym żyją. Rzeczywiście boha­te­ra kle­pią po ple­cach dosłow­nie wszy­scy, wyda­je się mieć świat u swo­ich stóp, zemdla­łam na pana ostat­nim kon­cer­cie, a zara­zem jest taki swój, nor­mal­ny, napić się potra­fi i ze star­szą panią pożar­to­wać. I taaaki przystojny.

Ten stą­pa­ją­cy po chmu­rach czło­wiek doświad­cza jed­nak paru zde­rzeń z rze­czy­wi­stym świa­tem. Niech pani zosta­nie, zro­bię her­ba­tę, powia­da łak­ną­cy aku­rat towa­rzy­stwa Fryderyk do pracz­ki, by w odpo­wie­dzi usły­szeć: prze­cież pan nie umie zapa­rzyć her­ba­ty, poza tym narze­czo­ny cze­ka. Takich bez­ce­re­mo­nial­nych wymia­ny jest więcej.

Czytałem, że nawią­za­niem do współ­cze­sno­ści w tym fil­mie ma być poka­za­na na ekra­nie epi­de­mia i przy­mu­so­wa izo­la­cja, któ­rej doświad­cza boha­ter. Trzeba nosić maskę – napo­mi­na go gra­barz i to lep­sze nawią­za­nie niż puste uli­ce. Kolejne odcie­nie „dzi­siaj” odczy­tu­ję w wymia­nach zdań jak wyżej, jak­by stwo­rzo­nych do zwia­stu­na fil­mu, i jesz­cze w sce­nie mąk twór­czych, jakich doświad­cza samot­ny w domu Chopin, nie­mo­gą­cy wyrwać się z pętli per­fek­cjo­ni­zmu i zło­ści. Wbrew ste­reo­ty­po­wi emo­cje blo­ku­ją tutaj two­rze­nie, a nie je napę­dza­ją. Niczym w sce­nie z pracz­ką: tak trud­no być zro­zu­mia­nym, ale czy łatwiej było­by pisać muzy­kę, gdy­by wszy­scy wokół wie­dzie­li, o co mi cho­dzi, sły­sze­li to, co w niej zaszy­łem? A może prze­sta­li­by mnie cenić? A ja, zro­zu­mia­ny, nie miał­bym powo­du pisać? A gdy­bym sam sie­bie zro­zu­miał, czy to nadal mia­ło­by sens?

Innym odwiecz­nym pro­ble­mem arty­stów jest brak pie­nię­dzy. To kolej­ny, nie­źle chy­ba w fil­mie ogra­ny kon­flikt. Produkcja jest skie­ro­wa­na mię­dzy inny­mi do nasto­lat­ków (na stro­nie dys­try­bu­to­ra są sce­na­riu­sze lek­cji i mate­ria­ły), więc doro­śli posta­ra­li się, żeby pew­ne rze­czy były na ekra­nie wygło­szo­ne wprost. Fryderyk z jed­nej stro­ny wystę­pu­je na ban­kie­tach dla boga­czy, a z dru­giej stro­ny zamę­cza się, udzie­la­jąc pię­ciu (no dobrze, góra sied­miu) lek­cji dzien­nie. Naszkicowano nie­zdro­wy kon­tekst obu tych spo­so­bów zara­bia­nia: Chopin wie, że boga­cze są leni­wi, głu­si i obsy­pu­ją go kom­ple­men­ta­mi wyłącz­nie dla­te­go, że tak wypa­da, z kolei ucznio­wie i uczen­ni­ce to bez­ta­len­cia, na któ­re szko­da jego zaangażowania.

Obie te kwe­stie pogłę­bia­ją samot­ność boha­te­ra. Na domiar złe­go jego głów­ny arty­stycz­ny kole­ga, Franciszek Liszt, jest w fil­mie uka­za­ny jako kom­po­zy­tor­ski pro­stak, przy kla­wia­tu­rze rzeź­nik, a po godzi­nach impre­zo­wicz bar­dziej zapa­mię­ta­ły od Chopina (o co nie­ła­two). Liszt podzi­wia i wspie­ra kum­pla, ale osta­tecz­nie jest według twór­ców fil­mu Sancho Pansą, maskot­ką. Czyli do samot­no­ści, by tak to ująć, życio­wej Fryderyka dodać nale­ży tak­że tę arty­stycz­ną. Nikt nie dorów­nu­je mu jako kom­po­zy­tor, nie ma lep­sze­go wyko­naw­cy. Samotny na szczy­cie. Romantyzm na pełnej.

Co jest przy­czy­ną, a co skut­kiem? Powtarza się parę razy sekwen­cja, w któ­rej Fryderyk przed wej­ściem na sce­nę, na impre­zę czy do dowol­ne­go pała­cu szyb­ko opa­no­wu­je mimi­kę, przy­wdzie­wa znie­wa­la­ją­cy uśmiech i rusza a to grać, a to opo­wia­dać żar­ty, zaba­wiać dziew­czy­ny i doka­zy­wać z chło­pa­ka­mi. Nie pamię­tam, w któ­rym to fil­mie Cezary Pazura grał gru­by­mi nić­mi szy­tą kary­ka­tu­rę Kuby Wojewódzkiego, chy­ba to była ekra­ni­za­cja Żulczyka – chłop w oko­li­cy sześć­dzie­siąt­ki zacho­wu­ją­cy się jak stu­dent, mło­dość nigdy się nie skoń­czy, wystar­czy mieć w orga­ni­zmie dość alko­ho­lu, nar­ko­ty­ków i środ­ków uśmie­rza­ją­cych ból. Silne sko­ja­rze­nia. Też z życiem: dopó­ki nie masz dzie­ci i się nie znu­dzisz, możesz impre­zo­wać w coraz młod­szym towa­rzy­stwie, nie zauwa­ża­jąc momen­tu, gdy zaczniesz wyglą­dać jak wuja współ­bie­siad­ni­ków. Często cho­dzi w tym o masko­wa­nie samot­no­ści, poczu­cia bra­ku sen­su, pomy­słu na życie.

Maja Ostaszewska jako mat­ka Chopina. Fot. Jarosław Sosiński / mate­ria­ły prasowe

Dobrze, bo wątek ucie­ka – ten impre­zu­ją­cy w fil­mie Chopin ma jakieś 25–30 lat. Dowiaduje się od leka­rza, że jest cho­ry na gruź­li­cę, cho­ciaż w sumie od daw­na już wie. Trzeba to poka­zać w fil­mie po to, żeby przez chwi­lę mogli się nim pomar­twić pol­scy przy­ja­cie­le, w tym lekarz. Którego zresz­tą Chopin wpę­dzi do gro­bu swo­ją nie­od­po­wie­dzial­no­ścią. Chopin dowia­du­je się, że dłu­go nie poży­je, więc zaczy­na kom­bi­no­wać, jak tu się zako­chać (nie umiem się zako­chać, niko­go nie kocham!), pla­nu­je rodzi­nę (wątek nie do koń­ca edu­ka­cyj­ny), ogól­nie poka­zu­je spo­re ode­rwa­nie od rze­czy­wi­sto­ści, cho­ro­bę bar­dziej współ­cze­sną niż gruź­li­ca. Dużo chciał­by naraz, ale trud­no nie dostrzec, że ta nadak­tyw­ność słu­ży do prze­ko­na­nia sie­bie i swo­je­go oto­cze­nia, że sło­nia w poko­ju wca­le nie ma.

No i patrz­cie, w koń­cu się zako­chu­je. Czy jed­nak napraw­dę? Wydaje się szczę­śli­wy, ale rodzą się wąt­pli­wo­ści, czy tak zwa­ny śmiech i zaba­wa nie są aby poka­zo­we, czy wybran­ka nie jest tu trak­to­wa­na jak głu­pia pary­ska publicz­ność, któ­rej uśmiech­nię­ty, zabaw­ny Chopin schle­bia, by uza­sad­nić swo­je wystę­py dla niej. Aż dziw, że ten film nie ma dys­try­bu­cji wyłącz­nie smart­fo­no­wej, w tak wie­lu wzglę­dach pasu­je do nie­go znacz­nie mniej­szy ekran niż kinowy.

Oto więc kla­syk – histo­ria face­ta, któ­ry osią­gnął nie­by­wa­ły suk­ces dzię­ki ogrom­nym poświę­ce­niom, z począt­ku wymu­szo­nym przez rodzi­ców, ale nie umie być szczę­śli­wy. Coś po dro­dze stra­cił, cze­goś mu bra­ku­je, nie wie do koń­ca, na czym mu naj­bar­dziej zale­ży, lista prio­ry­te­tów czę­sto się tasu­je. Czy zdą­ży posta­wić na to, co dla nie­go naj­waż­niej­sze? Myślę, że trud­no o bar­dziej współ­cze­sny węzeł: kar­mie­nie się popu­lar­no­ścią, nie­umie­jęt­ność zaan­ga­żo­wa­nia się w bli­ską rela­cję, cią­głe poczu­cie bra­ku i wresz­cie prze­ko­na­nie, że to wszyst­ko jest sztucz­ne i nic nie­war­te. I jesz­cze ten tyka­ją­cy zegar, któ­ry zagłu­sza myśli.

To tyle moich bie­żą­cych prze­my­śleń. Gdybym chciał zazna­czyć wszyst­kie wąt­ki, któ­re nasu­nął mi Chopin, Chopin!, ten tekst był­by dłuż­szy niż dro­ga E77. Zobaczcie ten film, jeśli będzie okazja.

Komentarze

Zostaw komentarz