Piąta płyta Happy Pills miała być jesienią, chociaż zespołu miało nie być już nigdy. Niespodzianka się opóźniła, ale za to jest. Poznaniacy to pionierzy, protoplaści amerykańskiego prostego gitarowego grania na polskiej ziemi, są jak łagodne, piosenkowe oblicze Pixies. Wyprzedzili o wiele lat podobne polsko-amerykańskie zespoły, których dziś jest na pęczki, „Lampa” pisze o takich co miesiąc. (więcej…)
Tag: 2010
-
Dagadana – Maleńka
Magnetyczne! Bez cepelii, bez paździerzowej ludowizny Daga Gregorowicz, Dana Wynnycka i Miko Pospieszalski zgłębiają melodyjność i śpiewność języków ukraińskiego i polskiego oraz ich wspólność, przenikanie się. Czar i pozytywna energia płynące z tego nagrania polegają nie tylko na użyciu zabawkowych instrumentów, pozytywek itd., oraz „świetnej zabawie przy nagrywaniu płyty”. (więcej…)
-
Muniek – Muniek
Zygmunt Staszczyk zatytułował swą pierwszą solową płytę „Muniek”. Tytuł świadczy o tym, że chce być młody, chce być tym, kim był dawniej. Zawsze Muniek. Nagrał płytę ze starym kumplem Jankiem Benedkiem z pierwszego warszawskiego wcielenia T.Love („Pocisk miłości”, „King”). W macierzystym zespole Muńka ponoć męczy ostatnio nadmiar odpowiedzialności, teraz powstała płyta, na której oddał wszelkie prerogatywy Benedkowi, jego są tylko teksty. Można chyba mówić o próbie powrotu do starych dobrych czasów. (więcej…)
-
Muchy – Notoryczni debiutanci
Wyciąganie z trumny grupy Lady Pank (na debiutanckiej płycie Much) było pomysłem ryzykownym, lecz krótkonogim. Schowanie zwłok na powrót do krypty jest pomysłem dużo lepszym. Muchy wciąż tańczą, to świetnie, ale już inaczej od Janusza i Janka z czasów chwały. Gitarowy, brytyjski zespół specjalizujący się w singlach dzięki produkcji Marcina Borsa i coraz większemu doświadczeniu Piotra Maciejewskiego podrasował się elektroniką („Przesilenie”, „’93”) i jest jeszcze bardziej przebojowy niż na debiucie. (więcej…)
-

Sade – Soldier Of Love
Ach, te czarnoskóre wokalistki o aksamitnych głosach – są ich dziesiątki tysięcy, do tego jeszcze sporo zdolnych naśladowczyń. Sade to klasyk nad klasyki, pięć dych już skończone... A tu proszę – oczarowanie. Love w tytule już trzeci raz z rzędu – i wreszcie rzecz cudownie pewna, mocna i naturalna. Nie na skalę Sade, lecz na skalę światową. (więcej…)