Unsound 2025. Z rodzinnego spotkania do hotelu i klubu

W tym roku w Krakowie wszyst­ko krę­ci­ło się wokół muzy­ki, ludzi i spo­tkań. Najlepszą opra­wą dla mia­sta okry­te­go sią­pią­cym desz­czem były dźwię­ki Brìghde Chaimbeul i 2K88.

Dawno już moim kra­kow­skim oddzia­łem zamiej­sco­wym stał się Unsound. Oprócz całej muzy­ki, pod­ca­stów, mik­sów i setów do wysłu­cha­nia przed festi­wa­lem, na nim i po nim, oprócz debat, wywia­dów, ksią­żek, a ostat­nio tak­że albu­mów z muzy­ką (pole­cam nową pra­cę Kakuhan z Adamem Gołębiewskim, pre­mie­ra 24.10 w Unsound/Instant Classic; pięk­ny obraz na okład­ce, praw­da? To Alicji Pakosz) pro­du­ko­wa­nych przez festi­wa­lo­wą eki­pę jest też śro­do­wi­sko, któ­re rośnie w tych oko­licz­no­ściach. Zbiór zawie­ra­nych w prze­lo­cie i pogłę­bia­nych lub nie zna­jo­mo­ści, wspól­ne słu­cha­nie i spa­ce­ry, podró­że i posił­ki, czy­li to, co na co dzień robi się z naj­bliż­szy­mi. Unsound źródełko.

Wiem, o czym pisał Tadeusz Sobolewski w kon­tek­ście podró­ży na festi­wal do Cannes, to było jak spraw­dza­nie tem­pe­ra­tu­ry świa­ta mie­rzo­nej przez kino, ale tak samo waż­ny był magnes dys­ku­sji ze sta­ry­mi zna­jo­my­mi z róż­nych stron świa­ta, ich reko­men­da­cji. Moment, gdy wyda­je się, że wszyst­ko krę­ci się wokół kina i nas w tym kinie. I jesz­cze ta cele­bra­cja Pana Płażewskiego, umyśl­ne wydłu­ża­nie dro­gi z pocią­gu do pała­cu festi­wa­lo­we­go (biu­ro Unsoundu też mie­ści się w pała­cu!), po dro­dze kawa, roz­mo­wa. Na koniec ciem­na sala, każ­dy obie­ra­ją­cy film w samot­no­ści, łka­nie, śmie­chy, aplau­zy lub bucze­nie, wyj­ścia z hukiem i trwa­nie w skupieniu.

Chciałem spraw­dzić, w któ­rym roku była edy­cja The Dream, tra­fi­łem na stro­nę z tek­stem kura­tor­skim i wydał mi się on nie­zwy­kle aktu­al­ny: „The Dream to symp­tom świa­ta, w któ­rym auto­ek­spre­sja i prze­ży­cia są zapo­śred­ni­cza­ne i sta­ją się towa­rem”, „sys­te­my gospo­dar­cze i śro­do­wi­sko natu­ral­ne chy­lą się ku upad­ko­wi, a na hory­zon­cie maja­czy groź­ba nad­cho­dzą­cej woj­ny”, „Przemysł muzycz­ny, media i mar­ke­ting two­rzą glo­bal­ny ‘under­gro­und’, w któ­rym nie­na­sy­co­ne pra­gnie­nie nowo­ści para­dok­sal­nie pro­wa­dzi do cią­głych powtó­rzeń. Najbardziej jest to widocz­ne na współ­cze­snych festi­wa­lach muzycz­nych, gdzie bez wzglę­du na cha­rak­ter impre­zy, poja­wia­ją się cią­gle te same nazwiska”.

Jak już zasy­gna­li­zo­wa­łem, finał tego cyta­tu ma wyraź­ny rewers – doty­czy to rów­nież nazwisk uczest­ni­ków festi­wa­li, któ­rzy „poja­wia­ją się cią­gle”, żeby na kil­ka dni w roku zna­leźć w danej prze­strze­ni tym­cza­so­wą ojczy­znę (!), a może tylko/aż rodzi­nę (!). Otaczają się nawza­jem uwa­gą i tro­ską. Tu się zatrzy­mam, bo tego­rocz­ne wzru­sze­nia mają też wyraź­ny rys muzyczny.

Na festi­wa­lu spę­dzi­łem trzy i pół dnia. Globalny kapi­tał muzycz­ny kocha ran­kin­gi, rywa­li­za­cję i licz­by, ale zamiast opi­sy­wać nume­ry tram­wa­jów, któ­ry­mi poru­sza­łem się po mie­ście, wymie­nię kil­ka kon­cer­tów do zapamiętania.

Jim O’Rourke i Eiko Ishibashi w Łaźni Nowej, Unsound 2025. Fot. Jacek Świąder
  • Jim O’Rourke & Eiko Ishibashi dali mi poczu­cie, że będę zba­wio­ny (a co naj­mniej oszczę­dzo­ny). Ich wspól­na muzy­ka, wca­le nie abs­trak­cyj­na awan­gar­da XX wie­ku z aktu­al­nym, pio­tro­kur­ko­wym prze­tar­ciem, szczyp­tą ambien­tu i nagrań tere­no­wych, roz­cho­dzi­ła się w cie­le bar­dzo har­mo­nij­nie. Jakby oddy­cha­ło się z nimi wspól­nym powie­trzem. Miałem poczu­cie, że zapro­si­li mnie do domu, pije­my her­ba­tę przy wspól­nym sto­le i nawet nie trze­ba roz­ma­wiać, tak jest dobrze. Teatr Łaźnia Nowa to trud­ne miej­sce, ludzie przy­szli tłum­nie, więc nie było spę­dza­nia kon­cer­tu na sie­dzą­co, ale O’Rourke i Ishibashi poka­za­li, że dobra, oso­bi­sta muzy­ka znaj­dzie dro­gę nie tyl­ko w ide­al­nych okolicznościach.
  • Suzanne Ciani w kinie Kijów wyrwa­ła mnie do świa­ta swo­jej wyobraź­ni, bar­dziej prze­strzen­nej, archi­tek­to­nicz­nej niż w przy­pad­ku powyż­szych. Jakbym widział te utwo­ry z góry, przyj­mo­wał wgry­wa­ne przez nią koor­dy­na­ty i swo­bod­nie leciał. Nic nie wyświe­tla­no (i to ma być kino), ale artyst­ka cie­ka­wie wyko­rzy­sta­ła nomen omen prze­strzen­ny dźwięk kina. Towarzyszący jej tego wie­czo­ru Actress pozo­stał mało aktyw­ny, odizo­lo­wa­ny, nie potra­fił wynieść muzy­ki Ciani na wyż­szy poziom. Chyba prze­ży­wał wła­sny lot, zbęd­ny kolega.
  • Brìghde Chaimbeul z wyspy Skye zagra­ła kapi­tal­ny pro­gram w daw­nej sali Akademii Medycznej na Kopernika 15 i póź­niej krót­szy, w ramach inter­wen­cji w głów­nej sali hote­lu Forum. Szkockie dudy typu smal­l­pi­pes, efek­ty i nawet tro­chę śpie­wa­nia wystar­czy­ły, żeby ska­so­wać więk­szość wyko­naw­ców muzy­ki elek­tro­nicz­nej – to Chaimbeul była w pro­gra­mie zagad­ką, któ­ra odpa­li­ła, a nie tyl­ko egzo­tycz­ną ozdo­bą. Bardzo się podo­ba­ły publicz­no­ści jej bli­skie pier­wot­ne­mu sen­so­wi muzy­ki wystę­py, będą­ce rodza­jem powro­tu do krę­gu bli­skich, w któ­rym snu­je się opo­wie­ści, mówi poezją, śpie­wa. Na Unsoundzie i na więk­szo­ści imprez arty­ści wystę­pu­ją na ogół na sce­nie będą­cej czwar­tą ścia­ną, na wprost publicz­no­ści, a nie pośrod­ku, oto­cze­ni ludź­mi ze wszyst­kich stron – ona dwa razy wystą­pi­ła w tej ostat­niej kon­fi­gu­ra­cji. Na ostat­niej pły­cie opo­wie­ściom Brìghde towa­rzy­szy Colin Stetson.
  • Do krę­gu prze­nio­sła pro­gram GHSTNG tak­że Alex Freiheit (kom­po­zy­tor­ka Aleksandra Słyż pozo­sta­ła przy kon­so­le­cie), jak zawsze lub pra­wie zawsze wię­cej recy­tu­jąc niż śpie­wa­jąc, a tak­że bie­ga­jąc i wcią­ga­jąc do tej gry, a nie tyl­ko tyl­ko pre­zen­tu­jąc. Opowieść o kobie­tach pra­cu­ją­cych na róż­ne spo­so­by w hote­lach, tych miej­scach chwi­lo­we­go poby­tu i ukry­tych dzia­łań (sen­sow­ny jest opis na stro­nie albu­mu), zawie­ra­ła dodat­ko­wy wybór sto­ją­cy przed obco­ję­zycz­ny­mi gość­mi festi­wa­lu. Mogli oni sko­rzy­stać z kodu QR pro­wa­dzą­ce­go do tłu­ma­cze­nia „libret­ta” albo zato­pić się w rela­cji bra­wu­ro­wej muzy­ki Słyż z naszym sze­lesz­czą­cym języ­kiem i pozwo­lić się pro­wa­dzić dyna­mi­ce występu.
  • W pamię­ci zosta­nie nostal­gicz­ne, wil­got­ne, baso­we brzmie­nie nowe­go pro­jek­tu 2K88 z udzia­łem wokal­nym i per­for­mer­skim Bianki Scout, Lauren Duffus i Rainy’ego Millera. Przemek wypły­wa na coraz dal­sze, euro­pej­skie wody ze swo­im pasu­ją­cym do bry­tyj­skich kli­ma­tów dźwię­kiem. Ma coś, cze­go tam­ci pro­du­cen­ci nie mają. Nie myśli kate­go­ria­mi kolej­nych „nume­rów”, ale spój­nej, wie­lo­wy­mia­ro­wej opo­wie­ści. Klimat jest w niej rów­nie waż­ny jak nar­ra­cja, a ludz­ki głos dobie­ga­ją­cy z zady­mio­nej sce­ny – co moż­na odwo­łać do fil­mów Davida Lyncha – bywa dla mnie zarów­no moto­rem opo­wie­ści, jak i „gło­sem spo­za”, jak­by cudzym, ni to Duffus, ni to Millera, ale dru­giej Duffus / dru­gie­go Millera. Cała opo­wieść rodzi się wśród publicz­no­ści, gdzie kon­cert zaczy­na, świe­cąc po sobie latar­ką, Miller (zresz­tą współ­pra­cow­nik Space Afrika, któ­rej duch uno­si się nad pro­jek­tem). Oczywiście bio­rę te dia­gno­zy z uczest­nic­twa w kon­cer­cie, z nastro­jów, jakie przy­no­si­ły obraz i dźwięk, a nie pre­cy­zyj­nie z kon­kret­nych wersów.
  • Wielkie brzmie­nie osią­gnął Robert Piotrowicz pod­czas pre­mie­ry albu­mu Wrong Filament. Na mniej­szej sali jakimś spo­so­bem prze­wró­cił się wybit­nie cięż­ki odsłuch, co wyłą­czy­ło prąd na sce­nie i kon­so­le­tę. Budowaną pie­czo­ło­wi­cie kul­mi­na­cję dia­bli wzię­li, publi­ka zaśpie­wa­ła muzy­ko­wi „sto lat” i zacze­ka­ła na wzno­wie­nie pro­gra­mu. Koncert był tak wcze­śnie, że publicz­ność nie zdą­ży­ła doje­chać z wcze­śniej­szych wyda­rzeń – szko­da, bo arty­sta z solid­nym dorob­kiem poka­zał muzy­kę inten­syw­ną, szcze­gó­ło­wą, pobu­dza­ją­cą cia­ło i umysł. Na pocie­sze­nie pozo­sta­je Piotrowiczowi tytuł arty­sty, któ­ry po latach na nowo otwo­rzył Unsoundowi Forum.
  • Jacek Sienkiewicz i Robert Piernikowski weszli na nowe, wspól­ne tery­to­ria, ich występ obej­rza­łem od począt­ku do koń­ca. Liczę na to, że ten pro­jekt będzie miał kon­ty­nu­ację i pozwo­li się śle­dzić nie tyl­ko kon­cer­to­wo, ale rów­nież w nagra­niach. Po tym, gdzie obaj arty­ści w tym momen­cie są, nie spo­dzie­wa­łem się tak natu­ral­ne­go maria­żu i tak żywej muzy­ki z uczci­wą dozą impro­wi­za­cji. Nawet utwór z zeszło­rocz­nej pły­ty Piernika nie mógł mnie na te reje­stry napro­wa­dzić. Lekki w moim postrze­ga­niu, zwiew­ny Sienkiewicz do pary z cięż­szym, uży­wa­ją­cym moc­niej­szych brzmień, ale wciąż poetyc­kim Piernikowskim stwo­rzy­li nową jakość. Wokali nie było.

Gdyby nie to, tam­to, atak aler­gii, zmę­cze­nie, brak powie­trza – w róż­nych kon­fi­gu­ra­cjach – obej­rzał­bym w więk­szym, a naj­le­piej peł­nym wymia­rze fan­ta­stycz­ne wystę­py, któ­rych tyl­ko lizną­łem. To przede wszyst­kim sound­sys­te­mo­wi The Bug z woka­list­ką Warrior Queen (wresz­cie dużą sce­ną zawład­nął mocar­ny bas i buja­ją­cy rytm); mistrz footwor­ku RP Boo z per­ku­sją na żywo Gary’ego Gwadery; Krenz i Karuzelkaaa, któ­rzy zachwy­ci­li moich hipho­po­wych dru­hów; oraz wie­lo­ga­tun­ko­wy duet Nexus, w któ­rym wście­kłość spo­ty­ka się z sza­lo­nym entu­zja­zmem – coś w sam raz na pamiąt­ko­wą men­tal­ną foto­gra­fię z Unsoundu.

Dziękuję za muzy­kę i spo­tka­nia, do zoba­cze­nia w przy­szłym roku!

Komentarze

Zostaw komentarz