W tym roku w Krakowie wszystko kręciło się wokół muzyki, ludzi i spotkań. Najlepszą oprawą dla miasta okrytego siąpiącym deszczem były dźwięki Brìghde Chaimbeul i 2K88.
Dawno już moim krakowskim oddziałem zamiejscowym stał się Unsound. Oprócz całej muzyki, podcastów, miksów i setów do wysłuchania przed festiwalem, na nim i po nim, oprócz debat, wywiadów, książek, a ostatnio także albumów z muzyką (polecam nową pracę Kakuhan z Adamem Gołębiewskim, premiera 24.10 w Unsound/Instant Classic; piękny obraz na okładce, prawda? To Alicji Pakosz) produkowanych przez festiwalową ekipę jest też środowisko, które rośnie w tych okolicznościach. Zbiór zawieranych w przelocie i pogłębianych lub nie znajomości, wspólne słuchanie i spacery, podróże i posiłki, czyli to, co na co dzień robi się z najbliższymi. Unsound źródełko.
Wiem, o czym pisał Tadeusz Sobolewski w kontekście podróży na festiwal do Cannes, to było jak sprawdzanie temperatury świata mierzonej przez kino, ale tak samo ważny był magnes dyskusji ze starymi znajomymi z różnych stron świata, ich rekomendacji. Moment, gdy wydaje się, że wszystko kręci się wokół kina i nas w tym kinie. I jeszcze ta celebracja Pana Płażewskiego, umyślne wydłużanie drogi z pociągu do pałacu festiwalowego (biuro Unsoundu też mieści się w pałacu!), po drodze kawa, rozmowa. Na koniec ciemna sala, każdy obierający film w samotności, łkanie, śmiechy, aplauzy lub buczenie, wyjścia z hukiem i trwanie w skupieniu.
Chciałem sprawdzić, w którym roku była edycja The Dream, trafiłem na stronę z tekstem kuratorskim i wydał mi się on niezwykle aktualny: „The Dream to symptom świata, w którym autoekspresja i przeżycia są zapośredniczane i stają się towarem”, „systemy gospodarcze i środowisko naturalne chylą się ku upadkowi, a na horyzoncie majaczy groźba nadchodzącej wojny”, „Przemysł muzyczny, media i marketing tworzą globalny ‘underground’, w którym nienasycone pragnienie nowości paradoksalnie prowadzi do ciągłych powtórzeń. Najbardziej jest to widoczne na współczesnych festiwalach muzycznych, gdzie bez względu na charakter imprezy, pojawiają się ciągle te same nazwiska”.
Jak już zasygnalizowałem, finał tego cytatu ma wyraźny rewers – dotyczy to również nazwisk uczestników festiwali, którzy „pojawiają się ciągle”, żeby na kilka dni w roku znaleźć w danej przestrzeni tymczasową ojczyznę (!), a może tylko/aż rodzinę (!). Otaczają się nawzajem uwagą i troską. Tu się zatrzymam, bo tegoroczne wzruszenia mają też wyraźny rys muzyczny.
Na festiwalu spędziłem trzy i pół dnia. Globalny kapitał muzyczny kocha rankingi, rywalizację i liczby, ale zamiast opisywać numery tramwajów, którymi poruszałem się po mieście, wymienię kilka koncertów do zapamiętania.

- Jim O’Rourke & Eiko Ishibashi dali mi poczucie, że będę zbawiony (a co najmniej oszczędzony). Ich wspólna muzyka, wcale nie abstrakcyjna awangarda XX wieku z aktualnym, piotrokurkowym przetarciem, szczyptą ambientu i nagrań terenowych, rozchodziła się w ciele bardzo harmonijnie. Jakby oddychało się z nimi wspólnym powietrzem. Miałem poczucie, że zaprosili mnie do domu, pijemy herbatę przy wspólnym stole i nawet nie trzeba rozmawiać, tak jest dobrze. Teatr Łaźnia Nowa to trudne miejsce, ludzie przyszli tłumnie, więc nie było spędzania koncertu na siedząco, ale O’Rourke i Ishibashi pokazali, że dobra, osobista muzyka znajdzie drogę nie tylko w idealnych okolicznościach.
- Suzanne Ciani w kinie Kijów wyrwała mnie do świata swojej wyobraźni, bardziej przestrzennej, architektonicznej niż w przypadku powyższych. Jakbym widział te utwory z góry, przyjmował wgrywane przez nią koordynaty i swobodnie leciał. Nic nie wyświetlano (i to ma być kino), ale artystka ciekawie wykorzystała nomen omen przestrzenny dźwięk kina. Towarzyszący jej tego wieczoru Actress pozostał mało aktywny, odizolowany, nie potrafił wynieść muzyki Ciani na wyższy poziom. Chyba przeżywał własny lot, zbędny kolega.
- Brìghde Chaimbeul z wyspy Skye zagrała kapitalny program w dawnej sali Akademii Medycznej na Kopernika 15 i później krótszy, w ramach interwencji w głównej sali hotelu Forum. Szkockie dudy typu smallpipes, efekty i nawet trochę śpiewania wystarczyły, żeby skasować większość wykonawców muzyki elektronicznej – to Chaimbeul była w programie zagadką, która odpaliła, a nie tylko egzotyczną ozdobą. Bardzo się podobały publiczności jej bliskie pierwotnemu sensowi muzyki występy, będące rodzajem powrotu do kręgu bliskich, w którym snuje się opowieści, mówi poezją, śpiewa. Na Unsoundzie i na większości imprez artyści występują na ogół na scenie będącej czwartą ścianą, na wprost publiczności, a nie pośrodku, otoczeni ludźmi ze wszystkich stron – ona dwa razy wystąpiła w tej ostatniej konfiguracji. Na ostatniej płycie opowieściom Brìghde towarzyszy Colin Stetson.
- Do kręgu przeniosła program GHSTNG także Alex Freiheit (kompozytorka Aleksandra Słyż pozostała przy konsolecie), jak zawsze lub prawie zawsze więcej recytując niż śpiewając, a także biegając i wciągając do tej gry, a nie tylko tylko prezentując. Opowieść o kobietach pracujących na różne sposoby w hotelach, tych miejscach chwilowego pobytu i ukrytych działań (sensowny jest opis na stronie albumu), zawierała dodatkowy wybór stojący przed obcojęzycznymi gośćmi festiwalu. Mogli oni skorzystać z kodu QR prowadzącego do tłumaczenia „libretta” albo zatopić się w relacji brawurowej muzyki Słyż z naszym szeleszczącym językiem i pozwolić się prowadzić dynamice występu.
- W pamięci zostanie nostalgiczne, wilgotne, basowe brzmienie nowego projektu 2K88 z udziałem wokalnym i performerskim Bianki Scout, Lauren Duffus i Rainy’ego Millera. Przemek wypływa na coraz dalsze, europejskie wody ze swoim pasującym do brytyjskich klimatów dźwiękiem. Ma coś, czego tamci producenci nie mają. Nie myśli kategoriami kolejnych „numerów”, ale spójnej, wielowymiarowej opowieści. Klimat jest w niej równie ważny jak narracja, a ludzki głos dobiegający z zadymionej sceny – co można odwołać do filmów Davida Lyncha – bywa dla mnie zarówno motorem opowieści, jak i „głosem spoza”, jakby cudzym, ni to Duffus, ni to Millera, ale drugiej Duffus / drugiego Millera. Cała opowieść rodzi się wśród publiczności, gdzie koncert zaczyna, świecąc po sobie latarką, Miller (zresztą współpracownik Space Afrika, której duch unosi się nad projektem). Oczywiście biorę te diagnozy z uczestnictwa w koncercie, z nastrojów, jakie przynosiły obraz i dźwięk, a nie precyzyjnie z konkretnych wersów.
- Wielkie brzmienie osiągnął Robert Piotrowicz podczas premiery albumu Wrong Filament. Na mniejszej sali jakimś sposobem przewrócił się wybitnie ciężki odsłuch, co wyłączyło prąd na scenie i konsoletę. Budowaną pieczołowicie kulminację diabli wzięli, publika zaśpiewała muzykowi „sto lat” i zaczekała na wznowienie programu. Koncert był tak wcześnie, że publiczność nie zdążyła dojechać z wcześniejszych wydarzeń – szkoda, bo artysta z solidnym dorobkiem pokazał muzykę intensywną, szczegółową, pobudzającą ciało i umysł. Na pocieszenie pozostaje Piotrowiczowi tytuł artysty, który po latach na nowo otworzył Unsoundowi Forum.
- Jacek Sienkiewicz i Robert Piernikowski weszli na nowe, wspólne terytoria, ich występ obejrzałem od początku do końca. Liczę na to, że ten projekt będzie miał kontynuację i pozwoli się śledzić nie tylko koncertowo, ale również w nagraniach. Po tym, gdzie obaj artyści w tym momencie są, nie spodziewałem się tak naturalnego mariażu i tak żywej muzyki z uczciwą dozą improwizacji. Nawet utwór z zeszłorocznej płyty Piernika nie mógł mnie na te rejestry naprowadzić. Lekki w moim postrzeganiu, zwiewny Sienkiewicz do pary z cięższym, używającym mocniejszych brzmień, ale wciąż poetyckim Piernikowskim stworzyli nową jakość. Wokali nie było.
Gdyby nie to, tamto, atak alergii, zmęczenie, brak powietrza – w różnych konfiguracjach – obejrzałbym w większym, a najlepiej pełnym wymiarze fantastyczne występy, których tylko liznąłem. To przede wszystkim soundsystemowi The Bug z wokalistką Warrior Queen (wreszcie dużą sceną zawładnął mocarny bas i bujający rytm); mistrz footworku RP Boo z perkusją na żywo Gary’ego Gwadery; Krenz i Karuzelkaaa, którzy zachwycili moich hiphopowych druhów; oraz wielogatunkowy duet Nexus, w którym wściekłość spotyka się z szalonym entuzjazmem – coś w sam raz na pamiątkową mentalną fotografię z Unsoundu.
Dziękuję za muzykę i spotkania, do zobaczenia w przyszłym roku!

Zostaw komentarz