Wojenna literatura piękna: „Arabeski” Żadana i „Null” Twardocha

W przy­fron­to­wym mie­ście i na odcię­tej od świa­ta wysu­nię­tej pozy­cji umiesz­cza­ją akcję swo­ich nowych ksią­żek Serhij Żadan i Szczepan Twardoch. „Arabeski” i „Null” są jak yin i yang rów­nież pod wzglę­dem emo­cji, któ­re kie­ru­ją bohaterami.

W tra­sie po Polsce jest Serhij Żadan – war­szaw­skie spo­tka­nie w ponie­dzia­łek. Najpopularniejszy chy­ba ukra­iń­ski pisarz jest współ­za­ło­ży­cie­lem i żoł­nie­rzem ochot­ni­czej 13 bry­ga­dy Chartija, któ­ra obec­nie jest czę­ścią Ukraińskiej Gwardii Narodowej (NGU). To się nie kłó­ci. Dawny mło­dy gniew­ny ukra­iń­skiej lite­ra­tu­ry, uro­dzo­ny w prze­waż­nie rosyj­sko­ję­zycz­nym Starobielsku, w naj­bar­dziej na wschód wysu­nię­tym obwo­dzie łuhań­skim, zwią­zał swo­je życie zawo­do­we i pry­wat­ne z Charkowem.

To naj­więk­sze mia­sto uni­wer­sy­tec­kie w tej czę­ści Europy leży 40 kilo­me­trów od rosyj­skiej gra­ni­cy (licząc od cen­trum). Z lute­go i mar­ca 2022 pamię­tam, że przez Polskę ewa­ku­owa­ło się stam­tąd wie­le stu­den­tek i stu­den­tów z Azji i Afryki. W okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym (mam na myśli I i II woj­nę świa­to­wą) Charków był sto­li­cą sowiec­kiej Ukrainy, ser­cem arty­stycz­ne­go fer­men­tu zwią­za­ne­go z rucha­mi awangardowymi. 

Połączenie tych czyn­ni­ków zosta­wi­ło ślad na twór­czo­ści Żadana, z grub­sza bio­rąc, opi­su­ją­cej tęsk­no­ty i roz­ter­ki doj­rze­wa­ją­cych ludzi – lub takich, któ­ry doj­rze­wa­li wspól­nie, a póź­niej jakoś roz­pierz­chli się po mie­ście lub świe­cie. Jest coś wital­ne­go, chło­pac­kie­go w pisa­niu Żadana, mam na myśli pro­zę, bo wier­sza­mi nie będę się dziś zaj­mo­wał. Idzie jakieś cie­pło wspól­no­ty od jego słów, wyraź­ne rów­nież w spo­so­bie, w jaki opi­sy­wał pierw­szy rok obro­ny Charkowa przed rosyj­ską inwa­zją („W mie­ście wojna”).

Wydana nie­daw­no w Polsce książ­ka Serhija Żadana „Arabeski” w lek­tu­rze zry­mo­wa­ła mi się z inną tego­rocz­ną nowo­ścią – „Nullem” Szczepana Twardocha. Na zakoń­czo­nych w zeszłym tygo­dniu Targach Książki we Frankfurcie, naj­więk­szej tego typu impre­zie na świe­cie, Polak (i Ślązak) wystą­pił w jed­nym pane­lu wspól­nie z ukra­iń­ski­mi pisa­rza­mi-żoł­nie­rza­mi: Ołeksandrem Mychedem i Artemem Czapajem (nie zna­la­złem zapi­su tego spo­tka­nia), napi­sał bowiem powieść o pol­skim żoł­nie­rzu wal­czą­cym na pierw­szej linii ramię w ramię z Ukraińcami.

Arabeski” Żadana: spokojnie jak dwa lata temu

Żadan nato­miast napi­sał opo­wia­da­nia, niby nie­po­łą­czo­ne, ale prze­ple­cio­ne w nie­któ­rych miej­scach ksyw­ka­mi boha­te­rów i wyda­rze­nia­mi. Dzieją się one w śro­do­wi­sku żoł­nier­skim lub wolon­ta­riac­kim, jak­by autor chciał pod­kre­ślić wspól­ny wysi­łek woj­ska, cywi­lów i wolon­ta­riu­szy w obro­nie kra­ju, przy oka­zji prze­twa­rza­jąc na lite­ra­tu­rę wła­sną dro­gę od zbie­ra­nia fun­du­szy, kupo­wa­nia i dostar­cza­nia samo­cho­dów żoł­nie­rzom, po wej­ście w woj­sko­we struk­tu­ry. Chciałoby się napi­sać, że pisa­nie zosta­ło w dale­kiej prze­szło­ści, ale to nie była­by praw­da. Wykonując wszyst­kie zada­nia, współ­dzia­ła­jąc off- i onli­ne z mnó­stwem osób, arty­sta nie zre­zy­gno­wał z literatury.

Lubię ten frag­ment o żoł­nier­zach na ślu­bie: „Ludzi było dużo. Słońce grza­ło asfalt, było spo­koj­nie jak dwa lata temu. Czym zaj­mo­wa­ła się cała ta wata­ha dwa lata temu? Zarabiała pie­nią­dze. Normalne, uczci­we, dobre pie­nią­dze, któ­re pozwa­la­ły nor­mal­nie żyć i nie mieć wyrzu­tów sumie­nia. Uczyli się, jeź­dzi­li po świe­cie, prze­ży­wa­li życie. Teraz sta­li tu, pod pała­cem ślu­bów, na asfal­cie potrza­ska­nym odłam­ka­mi, cie­szy­li się, że przy­ja­ciel tak dobrze się oże­nił, myśle­li o swo­ich spra­wach. A ich spra­wy zosta­ły, ogól­nie rzecz bio­rąc, tam za tą zimą, któ­ra skoń­czy­ła się dwa lata temu, i tu już nic wła­sne­go nie mie­li, ich była chy­ba tyl­ko ta wata­ha – hała­śli­wa, nie­zno­śna. Dlatego pozo­sta­wa­ło trzy­mać się swo­ich, inne­go opar­cia nie było” (przeł. Michał Petryk).

Arabeski” nie dzie­ją się na fron­cie, tyl­ko w Charkowie, na jego obrze­żach, w cie­niu walk. Wrogowie ostrze­li­wu­ją też cywil­ne obiek­ty, zabi­ja­ją cywi­lów, ale mimo to każ­dy sta­ra się żyć (moż­na powie­dzieć: wal­czy o to, żeby żyć jak naj­bli­żej nor­mal­no­ści; poję­cie nor­mal­no­ści też się zmie­nia, prze­su­wa). Gdyby nie wola życia, obro­na nie mia­ła­by sen­su. Ktoś ma rodzi­nę pod oku­pa­cją, czyjś owcza­rek oślepł ze stra­chu, ktoś samot­nie pil­nu­je znisz­czo­nej szko­ły, ktoś prze­cho­dzi dzi­wacz­ną roz­mo­wę kwa­li­fi­ka­cyj­ną, ktoś pogrą­żo­ny w depre­sji cze­ka na tele­fon, tkwiąc w łóż­ku, a „mama dobi­ja wia­do­mo­ścia­mi o zmar­łych sąsia­dach, któ­rych razem nie­na­wi­dzi­ły­ście przez całe życie”. Jest i miłość.

Dziwne życie wlecze nas za sobą

Żołnierz na prze­pu­st­ce „ostat­ni raz był tu na począt­ku mar­ca. Jakby sto lat temu. Myśli, że latem w tym mie­ście chce się żyć. A zimy są tu takie, jak­byś co rano budził się na dwor­cu – bez bile­tu, bez rze­czy i nadziei na jaki­kol­wiek wyjazd”. To bar­dzo krót­ka książ­ka o god­no­ści, tak­że tych, któ­rzy żyją w brzyd­kim mie­ście i noszą brzyd­kie ciu­chy – dzie­cia­ków, dziew­czyn, chłop­ców, matek, babć, umar­łych. „Arabeski” przej­mu­ją smut­kiem, ale czę­sto rów­no­wa­ży go… nie, nie śmiech, lecz moment mię­dzy­ludz­kie­go poro­zu­mie­nia. Jakby dwie nie­po­go­dzo­ne ze sobą oso­by cof­nę­ły się każ­da o krok i mogły spoj­rzeć na sie­bie bez lęku i bez uprze­dzeń. Co z tego może wyjść?

Czas się zepsuł i nikt się nie spie­szy z napra­wia­niem” – to z tego same­go tek­stu – ale życie, choć dziw­ne, obce, trwa. „Czekamy, grze­je­my się na słoń­cu, myśli­my, że wra­ca­ją pta­ki, wra­ca wio­sna, trwa dziw­ne życie, wle­cze nas za sobą, jak prąd wle­cze buty topiel­ców”. Przekładając na cywil­ne ukra­iń­skie życie – to tro­chę jest o tym, że nie moż­na sobie pozwo­lić wysty­gnąć, że trze­ba robić, orga­ni­zo­wać, wycho­dzić, spo­ty­kać się i uczest­ni­czyć. To jest szcze­gól­nie waż­ne pod­czas woj­ny i chy­ba zga­dza­my się w tym punk­cie z pisarzem.

PS Arabeski – tak nazy­wał się teatr, któ­ry w Charkowie zało­ży­ła i pro­wa­dzi­ła Svitlana Oleshko. Z jej ini­cja­ty­wy powo­ła­no Instytut Teatralny w Charkowie, przez wie­le lat pra­co­wa­ła w Muzeum Literatury w tym mie­ście. Po peł­no­wy­mia­ro­wej inwa­zji Oleshko zamiesz­ka­ła w Warszawie i pra­co­wa­ła w Teatrze Polskim, gdzie w 2024 roku wyre­ży­se­ro­wa­ła „Charków! Charków!” według tek­stu Żadana. Zmarła 19 grud­nia 2024 roku, a w mar­cu 2025 zosta­ła pocho­wa­na w Charkowie. Była pierw­szą żoną Serhija Żadana. 

Czy można pisać fikcję o wojnie

Zgubiłem notat­ki o książ­ce ślą­skie­go pro­za­ika. Zacznę zatem od spo­strze­że­nia, że „Null”, któ­ry uka­zu­je się wła­śnie w Białorusi, nie ma na razie wyda­nia ukra­iń­skie­go. Na ten język prze­tłu­ma­czo­no już czte­ry książ­ki Twardocha, ale na tę trze­ba jesz­cze pocze­kać. Pomyślałem o kon­tek­ście dzia­łań na fron­cie – czy zawar­tość powie­ści się nie prze­ter­mi­nu­je, bio­rąc pod uwa­gę sta­ły roz­wój tech­no­lo­gii woj­sko­wych i zmie­nia­ją­ce się spo­so­by wal­ki na fron­cie? Może to dla­te­go ukra­iń­scy pisa­rze i pisar­ki rzad­ko piszą o fron­cie? Wprawdzie Żadan twier­dzi, że nicze­go nie wol­no zapo­mnieć, ale za naszą wschod­nią gra­ni­cą powsta­je wię­cej ksią­żek o tyłach niż o linii zetknięcia.

Jednym z powo­dów może być cisza infor­ma­cyj­na. Można bowiem mimo­wol­nie zdra­dzić szcze­gół, któ­ry ścią­gnie na kogoś rakie­ty lub dro­ny. Innym – to, że szcze­ra książ­ka musia­ła­by naru­szyć wize­ru­nek Ukraińskich Sił Zbrojnych (ZSU), a tego chy­ba nie wypa­da robić ukra­iń­skim pisarzom.

W new­slet­te­rze „Explaining Ukraine” por­ta­lu Kyiv Independent (pole­cam go Waszej uwa­dze) dzien­ni­kar­ka Kate Tsurkan przy­to­czy­ła wymia­nę zdań ze wspo­mnia­nym Czapajem i femi­ni­stycz­ną pisar­ką Niną Chornohuz, z roz­mo­wy we Frankfurcie. Odpowiedź tej ostat­niej na pyta­nie, czy jest moż­li­we pisa­nie fik­cji o woj­nie, czy lepiej zosta­wić to repor­te­rom i poetom, brzmia­ła: każ­dy, kto pró­bu­je napi­sać powieść o peł­no­wy­mia­ro­wej inwa­zji Rosji musi naj­pierw pomy­śleć o tych, któ­rzy skła­da­ją naj­więk­szą ofia­rę na linii fron­tu, i zapy­tać sam(a) sie­bie, co mogą pomy­śleć obroń­cy, czy­ta­jąc taką książkę.

Null” Twardocha: na złym brzegu ojca waszego Dniepru

Przypuszczam, że Szczepan Twardoch zapy­tał samych obroń­ców. „Podobieństwa do praw­dzi­wych posta­ci, wyda­rzeń i jed­no­stek woj­sko­wych mogą, ale nie muszą być praw­dzi­we” – suge­ru­je na koniec. Pisarz wspie­ra Ukraińców od prze­ło­mu 2022 i 2023 roku, razem z Moniką Andruszewską (któ­rą nazy­wa mózgiem tych dzia­łań) pro­wa­dzi zbiór­ki, dostar­cza samo­cho­dy, dro­ny i inny sprzęt na linię fron­tu, do kon­kret­nych oddzia­łów i żoł­nie­rzy. Doświadczenia i opo­wie­ści czę­ści z nich prze­ło­ży­ły się na fabu­łę powie­ści „Null”. Tytuł ozna­cza naj­bar­dziej wysu­nię­te miej­sce fron­to­wych walk. Za „nul­lem” jest sza­ra stre­fa, a za nią wro­go­wie. To miej­sce, gdzie lepiej nie być na powierzchni.

W „Arabeskach” nie ma wio­dą­ce­go boha­te­ra, Żadan miał takie­go w „Internacie”, gdzie śle­dzi­li­śmy prze­ży­cia i wąt­pli­wo­ści nauczy­cie­la Paszy. U Twardocha akcja krę­ci się wokół Konia, pol­skie­go ochot­ni­ka, któ­ry prze­szedł dro­gę zbli­żo­ną do Żadana, a nawet dłuż­szą. Koń poma­gał jako wolon­ta­riusz, jeź­dził na Ukrainę i dosta­wiał woj­sku wszyst­ko, co potrzeb­ne, wresz­cie poznał ofi­ce­rów, zaprzy­jaź­nił się z nimi i – oce­niw­szy, że moment w życiu na to odpo­wied­ni – zacią­gnął się naj­pierw do oddzia­łu mię­dzy­na­ro­do­we­go, a potem zaczął wojo­wać razem z Ukraińcami.

Moment w życiu był aż tak odpo­wied­ni, że gdy go pozna­je­my, 43-let­ni Koń sie­dzi w zim­nym i wil­got­nym oko­pie „na złym brze­gu ojca wasze­go Dniepru”. Są więc „my”. Będziemy tam z kole­ga­mi Konia wszel­kie­go auto­ra­men­tu: zawo­dow­ca­mi, ochot­ni­ka­mi, wete­ra­na­mi ATO (ope­ra­cji anty­ter­ro­ry­stycz­nej w Donbasie z lat 2014–2022), przy­mu­so­wo wcie­lo­ny­mi, tchórz­li­wy­mi i sza­leń­czo odważ­ny­mi. Czekamy. Jest zima, zaopa­trze­nie tyl­ko z dro­nów, trze­ba „trzy­mać pozy­cję”. Pozycja to dziu­ra w zie­mi, piw­nicz­ka, nad któ­rą już nie ma cha­ty. „U pilo­tów było lepiej. Ale już nie jesteś u pilo­tów” – Koń wcze­śniej kie­ro­wał dro­nem, i to nie­źle, ale waż­niej­sza jest tu dru­ga oso­ba licz­by poje­dyn­czej. Przyjdzie moment, że autor ją porzuci.

Zagraniczniak na froncie

Już za samą publicz­ną dzia­łal­ność na rzecz obro­ny Ukrainy i Polski przed najeźdź­cą nale­żą się Twardochowi naj­wyż­sze wyra­zy uzna­nia. Jednak książ­ka też nie­sie ze sobą ogrom­ną war­tość. Otóż Twardochowi przy­stoi kry­ty­ko­wać ukra­iń­skie dowódz­two, zagra­nicz­nych ochot­ni­ków, któ­rzy przy­je­cha­li po przy­go­dę, orga­ni­za­cję armii, pobo­ru czy nawet samej obro­ny. Inaczej zresz­tą jego książ­ka nie mia­ła­by sen­su, bo ukra­iń­scy arty­ści i artyst­ki, któ­rzy zacią­gnę­li się do woj­ska, zawsze będą bli­żej wyda­rzeń. Nie wol­no im jed­nak publicz­nie kwe­stio­no­wać decy­zji dowódców.

Cywilom nie jest łatwo dostać się tak bli­sko dzia­łań wojen­nych, jak uda­ło się Twardochowi. Pod ogniem kara­bi­no­wym znaj­do­wa­li się na pew­no twór­cy nagro­dzo­ne­go Oscarem fil­mu „20 dni w Mariupolu”, z reży­se­rem Mstyslavem Chernovem. Razem z ukra­iń­ską pie­cho­tą szła też jego eki­pa ze wstrzą­sa­ją­ce­go fil­mu „2000 metrów do Andrijiwki”. Jednak zagra­nicz­ni twór­cy to co inne­go. Każdy dowód­ca chce szcze­gól­nie ich chro­nić i za wszel­ką cenę uni­ka wysta­wia­nia ich na ryzy­ko odnie­sie­nia ran lub śmier­ci. Żołnierze popro­wa­dzi­li Twardocha na 200–300 metrów od nulla.

Wiadomo, że autor „Króla” pasjo­nu­je się bro­nią i wypo­sa­że­niem woj­sko­wym, może był to jakiś wspól­ny temat, któ­ry – poza bez­cen­ną pomo­cą – otwie­rał przed nim żoł­nie­rzy ukra­iń­skich. Bliskość z nimi pisarz prze­my­ca w tek­ście. Zaczyna się on od słów „nam piz­da” wypo­wie­dzia­nych przez jed­ne­go z żoł­nie­rzy i jest to led­wie zapo­zna­nie pol­skie­go czy­tel­ni­ka z języ­kiem woj­ny, w któ­rym ukra­iń­ski mie­sza się z rosyj­skim, a w książ­ce – z pol­skim: „Forteca Bachmut. Wsi debi­ły z nami tut”.

Szybko dowia­du­je­my się też, że dzia­dek boha­te­ra mówił po ukra­iń­sku, wolał imię Petro od Piotra i miał grec­ko­ka­to­lic­ki pogrzeb, na któ­ry przy­szli kole­dzy z woj­ska, z sot­ni Chryna, kure­nia Rena. Babcia była Niemką z Wrocławia. Po woj­nie zamiesz­ka­li pod Legnicą. Ojciec Konia nie lubił wra­cać do tych histo­rii. „Ważne, że jeste­śmy ludź­mi. Polska jest w Unii Europejskiej. Jesteśmy Europejczykami”. Dziadek od stro­ny mat­ki, szewc, był z Wołynia i Ukraińcy „zamor­do­wa­li mu rodzi­ców i dwie sio­stry, spa­li­li ich w sto­do­le w Gucinie, on sam jeden uciekł”. Pisarz poświę­ca na zary­so­wa­nie tego tła nie­dłu­gi roz­dział, jak­by chciał, żeby to osia­dło w oso­bie czy­ta­ją­cej zgod­nie z jej wła­sną histo­rią i poglądami.

Podania i legendy, podania o legendach

Twardoch opi­su­je wie­lu żoł­nie­rzy i kil­ku ofi­ce­rów, i za punkt hono­ru sta­wia sobie ich ochro­nę. Szakal, „legen­dar­ny ofi­cer”, jest opi­sa­ny jako „pierw­szy, któ­ry w 2014 wydał roz­kaz strze­la­nia do Rosjan, to zna­czy do pida­rów”. Wzorem tej powie­ścio­wej posta­ci jest Vadym Sukharevsky „Borsuk”, dziś puł­kow­nik ZSU, któ­ry wbrew roz­ka­zo­wi, by nie strze­lać i nie ule­gać pro­wo­ka­cjom, jako pierw­szy kazał otwo­rzyć ogień do „sepe­ra­ty­stów” (tak wte­dy nazy­wa­no prze­bra­ne rosyj­skie oddzia­ły spe­cjal­ne, w tym wypad­ku pod dowódz­twem nie­sław­ne­go Girkina). Chodziło o rato­wa­nie koman­do­sów, któ­rzy wpa­dli w zasadz­kę ludzi Girkina pod Słowiańskiem.

Tamtego dnia, 13 kwiet­nia 2014 roku, zaczę­ła się ATO. Dziesięć lat póź­niej Sukharevsky został sze­fem nowo utwo­rzo­nych Sił Systemów Bezzałogowych, któ­rym był do czerw­ca 2025, gdy to sta­no­wi­sko objął nie mniej słyn­ny „Madziar”, oraz zastęp­cą dowód­cy ZSU, czy­li Ołeksandra Syrskiego. Przeszedł tam z 59 Brygady Szturmowej, któ­ra z cza­sem weszła w skład SSB. Część tej sztur­mo­wej wywo­dzi się z Legionu Międzynarodowego, w któ­rym – tak się skła­da – w książ­ce zaczy­nał woj­sko­wą karie­rę Koń.

Jego powie­ścio­wy dowód­ca Szakal został „dowo­dzą­cym nowe­go rodza­ju wojsk” i musiał porzu­cić 145 Brygadę, do któ­rej Koń przy­szedł z Legionu. Piloci dro­nów ze 145, w tym Koń, chcie­li pójść za dowód­cą, w dodat­ku dosta­li bar­dzo sła­be­go dowód­cę. Sprawa się prze­dłu­ża­ła, chło­pa­ki ginę­li, więc Szakal dora­dził, żeby poszli na SZCz, czy­li samo­wol­kę – żeby całą rotą porzu­ci­li jed­nost­kę, zabra­li sprzęt i zgło­si­li się do SBU w innym rejo­nie fron­tu (o ile wiem, w ukra­iń­skim woj­sku nie jest to pena­li­zo­wa­ne), zanim Szakal znaj­dzie im robo­tę u sie­bie. Wcześniej Szakal przez pięć lat był kom­ba­tem bata­lio­nu pie­cho­ty mor­skiej. A Sukharevsky? W latach 2016–2021 dowo­dził 503 Batalionem Piechoty Morskiej.

Twardoch o tej sytu­acji pisze, jego boha­ter się dzi­wi, co się w tej armii odwa­la, a ja myślę, że ten „wor­ka­ro­und”, jak połą­czyć się z naj­lep­szym w życiu dowód­cą, może być cał­kiem wier­nym odbi­ciem rze­czy­wi­sto­ści tej lub innej oso­by. Dlatego w cza­sie bie­żą­cej lek­tu­ry nie spraw­dza­łem posta­ci czy jed­no­stek. Myślę też, że czyn­ni żoł­nie­rze ZSU, pisa­rze, raczej by w ten spo­sób nie pisa­li. Oczywiście war­to brać popraw­kę na to, że zwłasz­cza z dobry­mi dowód­ca­mi wią­że się mnó­stwo legend i podań, a książ­ka Twardocha jest w głów­nej mie­rze o tym, co dzie­je się w gło­wach żoł­nie­rzy sta­le nara­ża­ją­cych życie.

Człowiek winien całemu światu wszystko

Koń nosi w sobie tajem­ni­cę, któ­ra wisi nad całą powie­ścią. Identyfikuje się jako „czło­wiek, któ­re­go nie moż­na zabić, bo już jest mar­twy, czło­wiek grzesz­nik w świe­cie bez Boga, czło­wiek winien całe­mu świa­tu wszyst­ko, dłuż­nik nie­wy­pła­cal­ny z dłu­giem nie­spła­cal­nym żad­ny­mi pie­niędz­mi i żad­nym dobrym czy­nem, czło­wiek, któ­re­go nazy­wa­no by ‘pro­fe­sor­kiem’, gdy­byś tak sta­ran­nie nie ukry­wał swo­je­go wykształ­ce­nia i profesji”.

Dlaczego Koń czę­sto się „zawie­sza”? Co ukry­wa pod nie­co zbyt łatwym prze­ko­na­niem, że jego życie to zglisz­cza? Co się wyda­rzy­ło, zanim wszyst­ko zosta­ło wyma­za­ne przez woj­nę? Autor pod­rzu­ca parę suge­stii, zosta­wia tro­py, ale nie wie­sza na nich całej histo­rii. Te pyta­nia napę­dza­ją powieść aż do ostat­nie­go zdania.

Komentarze

Zostaw komentarz