Z Schulzem po Drohobyczu. Festiwal Druga Jesień

Na schul­zow­skim festi­wa­lu błysz­cza­ły kon­ste­la­cje poetyc­kie, nauko­we i te dosłow­ne – widocz­ne na czar­nym nie­bie, nad mia­stem pozba­wio­nym prą­du. A naj­waż­niej­sze było to, co wspólne.

Українську версію цього тексту можна прочитати на сайті дрогобицької газети «Майдан».

To było w Drohobyczu. Od roku 2001 funk­cjo­nu­je tu Międzynarodowy Festiwal Literacki „Druga Jesień” (Друга осінь). Zaczyna go eku­me­nicz­na uro­czy­stość przy tabli­cy upa­mięt­nia­ją­cej pisa­rza w miej­scu jego śmier­ci. W tym roku duch Schulza spra­wił, że w trak­cie modlitw, w słoń­cu, ode­zwa­ły się syre­ny odwo­łu­ją­ce alarm prze­ciw­lot­ni­czy. Tablica znaj­du­je się tuż przy par­ko­wej alei pamię­ci woj­sko­wych pole­głych w woj­nie z Rosją, takim ażu­ro­wym kory­ta­rzu ze zdję­cia­mi, fla­ga­mi, kwia­ta­mi dla pole­głych w woj­nie. Przy foto­gra­fii jed­ne­go z mło­dych żoł­nie­rzy zoba­czy­łem datę śmier­ci: 24 lute­go 2022 roku. W par­ku jest rów­nież upa­mięt­nie­nie żoł­nie­rek, przy każ­dej tablicz­ce stoi mło­de drzewko.

Modlitwa w alei pamię­ci boha­te­rów wojen­nych Ukrainy w Drohobyczu, tuż obok miej­sca śmier­ci Brunona Schulza. Fot. Jacek Świąder

Ta uro­czy­stość, zawsze 19 listo­pa­da o godzi­nie 11, otwie­ra dwa dni szczel­nie wypeł­nio­ne wyda­rze­nia­mi: czy­ta­nia­mi poezji, spo­tka­nia­mi autor­ski­mi, wykła­da­mi i dys­ku­sja­mi w róż­nych miej­scach mia­sta. Ekscytuje wizy­ta w Izbie Pamięci Brunona Schulza, tam gdzie obok pra­cow­ni rysun­ku i robót ręcz­nych Gimnazjum im. Władysława Jagiełły miał gabi­net. Oglądamy ory­gi­nal­ne okna z jego cza­sów, dziś już wymie­nio­ne na nowe, stro­nę z „Wiadomości Literackich”, na któ­rej w 1933 roku zna­lazł się debiut Schulza – opo­wia­da­nie „Ptaki” pod­pi­sa­ne „Bronisław Schulz”. 

W ramach cyklu „Wiersze w schro­nie” w Teatrze im. Jurija Drohobycza, gdzie w ciem­no­ści trud­no się dostać, roz­ma­wia­ją wier­sze Wasyla Mulika i Kazimierza Wierzyńskiego. W dzien­nym świe­tle odby­wa się wer­ni­saż prac mala­rza Antona Łogowa zaty­tu­ło­wa­ny „Sklepy cyna­mo­no­we”, w nowym miej­scu na kul­tu­ral­nej mapie Drohobycza – Kimnacie (Кімната).

Inicjatorką i dyrek­tor­ką festi­wa­lu jest Wiera Meniok z Uniwersytetu w Drohobyczu, kie­row­nicz­ka tam­tej­sze­go Centrum Polonistycznego, zgod­nie z bio­gra­mem „teo­re­tycz­ka lite­ra­tu­ry, schul­zo­loż­ka, tłu­macz­ka”. Bez niej nie było­by tych spo­tkań (by lepiej poznać ją i mia­sto, prze­czy­taj­cie jej geo­gra­ficz­no-histo­rycz­ny tekst o Drohobyczu z 2015 roku). Wśród orga­ni­za­to­rów są jesz­cze lubel­skie sto­wa­rzy­sze­nie Festiwal Brunona Schulza z Grzegorzem Józefczukiem na cze­le, ukra­iń­ska fun­da­cja Muzeum i Festiwal Bruno Schulza oraz Uniwersytet Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, gdzie pra­cu­je prof. Paweł Próchniak. To on, ini­cja­tor „Wierszy w schro­nie”, pro­wa­dził sesję nauko­wą i część poetyc­kich wydarzeń.

Wiera Meniok, Anton Łogow i Grzegorz Józefczuk, wer­ni­saż wysta­wy „Sklepy cyna­mo­no­we” w cen­trum kul­tu­ry Kimnata. Fot. Jacek Świąder

Grono naukow­ców i pisa­rek zjeż­dża­ją­cych do Drohobycza (nie mówiąc o tych, któ­rzy tu miesz­ka­ją) to spe­cy­ficz­ny gatu­nek. Otwarci, wraż­li­wi, hoj­nie dzie­lą się swo­ją twór­czo­ścią, wie­dzą, uwa­gą, żar­tem też. Oksana Zabużko mówi, że dome­ną pisa­rek i pisa­rzy jest wyobraź­nia, to z nią pra­cu­ją. Przypomniało mi się to w Drohobyczu, bo ludzie, któ­rych tu pozna­łem, ufa­ją wyobraź­ni – wła­snej i innych. Czułem się wśród nich na swo­im miej­scu, wię­cej, mogłem się roz­go­ścić i umo­ścić, czer­pać z bycia z nimi.

Warto wspo­mnieć o Schulzfeście, innej impre­zie odby­wa­ją­cej się w Drohobyczu od 2004 roku, ale w cyklu dwu­let­nim, w lip­cu, dla uczcze­nia uro­dzin pisa­rza. Organizuje je ta sama eki­pa, finan­su­ją te same pol­skie ośrod­ki, z Instytutem Polskim w Kijowie i Instytutem Adama Mickiewicza, przy­pusz­czam tyl­ko, że latem wśród publicz­no­ści mniej jest stu­den­tek Centrum Polonistycznego. To chy­ba od zapro­sze­nia na kon­cert w ramach lip­co­we­go festi­wa­lu zaczę­ła się schul­zow­ska przy­go­da Serhija Żadana, zwień­czo­na tomi­kiem „Drohobycz”. Na pol­ski prze­ło­żył go Jacek Podsiadło.

Od pra­wej Natalia Tkaczyk, pro­wa­dzą­cy Paweł Próchniak, Jacek Podsiadło. Poeci czy­ta­li swo­je wier­sze, a następ­nie tłu­ma­cze­nia, któ­re przy­go­to­wa­li dla sie­bie wza­jem­nie. Wyboru doko­nał pro­wa­dzą­cy. Świetna kawiar­nia Juna w Drohobyczu. Fot. Jacek Świąder

W lip­cu mniej jest (było) też zapew­ne mro­ku, któ­ry w listo­pa­dzie wcze­śnie pochła­nia mia­sto. Wyłączenia prą­du bywa­ją dłu­gie, a rad­ni miej­scy w lokal­nych mediach ape­lu­ją do han­dlow­ców o wyłą­cza­nie pod­świe­tle­nia szyl­dów i reklam. Popołudniowemu spa­ce­ro­wi towa­rzy­szy huk gene­ra­to­rów. Rzeczywistość czwar­te­go roku woj­ny. Nagle w uni­wer­sy­tec­kiej sali gaśnie świa­tło, przy pochmur­nej pogo­dzie spa­da na nią pół­mrok, ale chmu­ry roz­wie­wa­ją się szyb­ko i sesja trwa dalej w jaskra­wym sło­necz­nym świe­tle. Z kolei pod wie­czór, w biblio­te­ce, nagła ciem­ność spra­wia, że głów­nym źró­dłem świa­tła pozo­sta­je rzut­nik, a wier­sze ukra­iń­skich neo­kla­sy­ków czy­ta się – i roz­mo­wę o anto­lo­gii ich tek­stów pro­wa­dzi – przy latar­kach tele­fo­nów. Na czar­nej noc­nej uli­cy gwiaz­dy są bliż­sze i jaśniej­sze niż kiedykolwiek.

Chłonąłem poczu­cie wspól­no­ty i cho­dzi­łem na wszyst­ko jak leci. Wykłady naukow­ców i spe­cja­li­stów były oso­bi­ste, bar­dzo jeden na jeden – o Schulzu, Wittlinie, Wacie, Łesiu Kurbasie, Switłanie Ołeszko... Ta kon­ste­la­cja, by nawią­zać do noc­ne­go nie­ba, gdy w mie­ście nie ma prą­du, dzia­ła­ła w try­bie uni­wer­sy­tec­kim, po part­ner­sku i z otwar­to­ścią. Również poza wydarzeniami.

Spotkanie wokół nie­miec­ko­ję­zycz­nej anto­lo­gii ukra­iń­skich neo­kla­sy­ków pro­wa­dzi Jurko Prochaśko (stoi). Na ekra­nie autor anto­lo­gii Oswald Burghardt (Jurij Kłen), obok pro­wa­dzą­ce­go przy sto­le sie­dzą Natalia Kotenko-Wusatiuk oraz Lukas Joura. Biblioteka w daw­nym żydow­skim domu star­ców. Fot. Jacek Świąder

Poznałem czo­łów­kę schul­zo­lo­gicz­ną z Polski i Ukrainy, pisar­ki, pisa­rzy, dzien­ni­kar­ki, tłu­ma­czy nie tyl­ko z naszych dwóch kra­jów, zain­te­re­so­wa­nych lite­ra­tu­rą, cza­sem, utra­tą, bez­i­mien­no­ścią, sfe­rą „pomię­dzy”, wie­lo­ma wspól­ny­mi tema­ta­mi, tak­że poza­li­te­rac­ki­mi. Wszystkich tych ludzi moż­na zna­leźć w lin­ko­wa­nym parę aka­pi­tów wyżej pro­gra­mie festi­wa­lu (nie­ste­ty, kil­ka osób nie mogło dotrzeć). Odkryciem było dla mnie zda­nie Łesia Kurbasa, któ­re przy­to­czy­ła Kateryna Hładka, o tym, że cia­ło jest prze­strze­nią pamię­ci, takiej, któ­ra nie potra­fi nas oszu­kać. I sło­wa Natalii Tkaczyk o tym, że dzi­siej­szy Orfeusz nie umie już pie­śnią poskro­mić dzi­kich bestii (czy nie z libret­ta „Orfeusza w pie­kle”? Zanotowane obok cyta­tu lite­ry „J.W.” nic mi już nie mówią).

I jesz­cze poru­sza­ją­cy wykład Katarzyny Kuczyńskiej-Koschany o dwóch cza­so­prze­strze­niach woj­ny: 19 listo­pa­da 1942, gdy zgi­nął Bruno Schulz, i 19 listo­pa­da 2025, gdy – jak oka­za­ło się rano – w zbom­bar­do­wa­nym przez Rosjan budyn­ku miesz­kal­nym w Tarnopolu zgi­nę­ły co naj­mniej 34 oso­by. I jesz­cze wspo­mnie­nie Magdaleny Rabizo-Birek o szkol­nej wyciecz­ce na „Sanatorium pod Klepsydrą” Hasa w kinie Górnik, gdy jej zachwy­tu nie rozu­miał nikt inny z kla­sy, o śla­dach wizy­ty pisa­rza na Dolnym Śląsku i o ludziach z „dro­ho­byc­kie­go pocią­gu” osia­dłych po woj­nie w tutej­szym trójmieście...

Paweł Próchniak otwie­ra sesję nauko­wą w Centrum Polonistycznym im. Igora Menioka. Druga Jesień 2026. Fot. Jacek Świąder

Wydarzenia Drugiej Jesieni 2026 obszer­nie i facho­wo opi­sa­ła Anna Gordijewska z „Kuriera Galicyjskiego”. Cieszę się, że ją pozna­łem – i dosta­łem egzem­plarz naj­now­sze­go numeru!

Moja pierw­sza Druga Jesień szyb­ko roz­sa­dzi­ła ramy pro­gra­mu – uda­ło się poga­dać choć­by z foto­gra­fem Wojtkiem Grzędzińskim, któ­ry kil­ka dni póź­niej dostał nagro­dę Polskiej Agencji Prasowej za foto­gra­fie z eli­mi­na­cji Konkursu Chopinowskiego. Wojtek przy­był do Drohobycza z Pawłem Reszką, podzi­wiam pra­cę ich obu i się o nich nie­po­ko­ję, jecha­li zaraz na spo­tka­nie z mło­dzie­żą i dalej już na front. „Uruchomiłem” fascy­nu­ją­cą opo­wieść Ołeksandra Bojczenki – pisa­rza, redak­to­ra i tłu­ma­cza, któ­re­go też podzi­wia­łem dłu­go przed festi­wa­lem – o jego rodzin­nych Czerniowcach. Saszko prze­tłu­ma­czył „Stolik z wido­kiem na Kreml” Reszki, roz­ma­wia­li o nim w Kimnacie. Jedna z lide­rek pol­skiej spo­łecz­no­ści Drohobycza, pani Maria Galas, kie­row­nicz­ka Polskiej Sobotniej Szkoły, poka­zy­wa­ła mi z dumą zdję­cia i fil­my z nie­daw­nej uro­czy­sto­ści z oka­zji Święta Niepodległości 11 listo­pa­da, na któ­rej ukra­iń­skie dzie­ci pięk­nie śpie­wa­ły pol­skie pie­śni. Później, już we Lwowie, Andrij Pawłyszyn, histo­ryk, redak­tor i tłu­macz, zaj­mu­ją­co opo­wia­dał o histo­rii i współ­cze­sno­ści tego miasta.

Festiwalowa przy­go­da mięk­ko prze­szła zatem w bar­dziej kame­ral­ne spo­tka­nia i kon­tak­ty. Mam nadzie­ję je pod­trzy­my­wać, zanim jesz­cze wró­cę do Drohobycza. Co musi nastąpić.

Komentarze

Zostaw komentarz