Menu Zamknij

Kategoria: koncerty

Którędy ze Szkocji do nieba

Miałem przy­jem­ność być przez trzy dni w Edynburgu, tam gdzie pol­scy arty­ści gra­li na Jazz and Blues Festival. Pojechałem głów­nie zoba­czyć Miczów (zawsze) i – pierw­szy raz – Profesjonalizm. Nigdy nie byłem na Wyspach, w tym kra­ju wpa­da­nia na pasach pod double dec­ker bus, więc uzna­łem, że poje­chać tam i poczuć się jak na Chłodnej bar­dzo war­to. I że może spo­tkam Aidana Moffata albo Stuarta Murdocha, albo Stuarta Braithwaite’a.

Hunx And His Punx

Byłem wczo­raj na dosko­na­łym kon­cer­cie. Nie pamię­tam, kie­dy tak dobrze wyda­łem 40 zło­tych. Okazało się też, że jestem sta­ry lis, jak cho­dzi o kon­cer­ty, bo przy­szedł­szy z ponad­go­dzin­nym opóź­nie­niem, zdą­ży­łem jesz­cze pone­twor­ko­wać gru­by kwa­drans i byłem w sam raz na pierw­szy support.

Współzawodnictwo grup muzycznych

Poza sen­ty­men­tal­ną wizy­tą w Muzeum Kolejnictwa głów­ną atrak­cją Nocy Muzeów był w tym roku kon­cert Mitch & Mitch na otwar­cie pią­te­go roku dzia­łal­no­ści Placu Zabaw. Piątego lata (Molesta była rok temu?). Spóźniliśmy się. Powrót był kosz­mar­ny. Linia J była OK. Tłumy bawi­ły się tam jesz­cze dłu­go w noc, sam kon­cert skoń­czył się chy­ba jakoś po pierw­szej, nie wiem.

Morrissey w Stodole, 24/7/2011

Wizytę Morrisseya w Warszawie przy­ćmi­ła mi spra­wa nie­szczę­sne­go spro­sto­wa­nia w „Gazecie”, więc nie byłem w naj­lep­szej for­mie. Jestem jed­nak pewien, że kon­cert – krót­szy niż dwa lata temu, ale dłuż­szy niż kra­kow­skie 63 minu­ty – był gor­szy od tego z 2009 roku.

Po Arcade Fire

Od kon­cer­tu minął już ponad tydzień. Przechowuję go w coraz życz­liw­szej pamię­ci, przy­naj­mniej wzglę­dem zespo­łu. Na pew­no są jakieś rela­cje wideo (nie prze­pa­dam), a listę pio­se­nek moż­na zoba­czyć tutaj. Z 17 pio­se­nek tyl­ko trzy z „Neon Bible” – dobra dla mnie decy­zja, bo nie podzie­lam entu­zja­zmu dla tej pły­ty, któ­ry ma choć­by Robert Sankowski. Lubię prze­bo­je, jak mówił kla­syk. Najbardziej podo­ba­ły mi się zle­pio­ne w jed­no „The Suburbs”. Wart zapa­mię­ta­nia moment: na koniec publicz­ność zamknę­ła buzie, prze­sta­ła „wspie­rać” Butlera mniej lub bar­dziej zgrab­nym śpie­wem, dała mu dokoń­czyć same­mu, w ciszy. To było świetne.